Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Fatum nad milordem

 

Michał Matys,

współpraca Marcin Boguszewski

 

MAGAZYN, dodatek do Gazety Wyborczej, 2 stycznia 1998, s.20

 

 

Gdzie się podział milord Piłsudskiego? Czy jeszcze istnieje? Czy wróci do Plękit, które za nim tęsknią?

 

Pierwszy zaprotestował Władysław Dytkowski, księgowy ze stadniny w Plękitach. Poszedł do miejscowego komendanta policji i powiedział, że stadnina chce sprzedać milorda Piłsudskiego.

- Bądź pan spokojny. Zajmę się tym, ja albo UOP - odparł komendant, pewnie dla świętego spokoju.

Masztalerze ze stadniny nie chcieli załadować bryczki do ciężarówki.

- Powóz Marszałka podmieniliśmy na inny. Zmiarkowali i kazali załadować właściwy - żali się podkoniuszy Andrzej Schillak. Podobno masztalerze chcieli wyciągać widły. Ale zrezygnowali.

- Co było robić?! Gdybyśmy się sprzeciwili, dyrektor pozwalniałby nas. A w Olsztyńskiem nie ma pracy. Tu zawsze były same pegeery - narzeka Schillak.

Ciężarówka wywiozła powóz w nieznane w lutym 1993 roku. Olsztyński konserwator zabytków dowiedział się o tym półtora roku później, dopiero gdy się zmienił dyrektor stadniny.

 

Milord sprzedany za pięć jałówek...

 

Powóz kupił Herman Berger, przedwojenny emigrant z Łodzi. Mieszka w Niemczech.

Właściwie nie kupił, ale wziął za długi.

Berger, handlarz bydłem i końmi, sprzedał stadninie w Plękitach 70 jałówek. Zapłatę (ok. 140 tys. marek) miał dostać w ratach.

Gdy stadninie zabrakło pieniędzy, zgodził się na jedną z rat w naturze. W dokumentach zapisano, że wziął: powóz milord (to ten po Piłsudskim), karetę typu coupe, cztery klacze: Satyrę, Gamę, Aronię, Kołkę oraz dwa wałachy, Pinka i Magnum.

Księgowy Dytkowski policzył, że Berger dostał powóz po Piłsudskim za pięć jałówek (wyceniono go na 10 tys. marek).

- Berger bywał w Polsce w latach osiemdziesiątych na każdej aukcji koni. Miał monopol na ich eksport. Koniarze nazywali go "Żyd z Łodzi" - mówi księgowy Dytkowski.

- Dziadek Piłsudski w grobie by się przewrócił, gdyby wiedział, że jego bryczką jeździ zwykły handlarz bydłem i końmi - dodaje stajenny.

 

...albo za kiełbasę

 

Jacek Wysocki, konserwator zabytków z Olsztyna, pokazuje nam czarno-białe zdjęcia powozu ze składaną budą.

- To milord wyprodukowany około roku 1920 przez warszawską firmę Filipa Loretza dla marszałka Józefa Piłsudskiego. Ciąży nad nim jakieś fatum. We wrześniu 1939 roku powóz ewakuowano z Belwederu na Lubelszczyznę. Tam nasi głodni żołnierze oddali go za kiełbasę niejakiemu Rutczyńskiemu z Kielc. Po wojnie milorda odkupił ówczesny dyrektor stadniny w Plękitach - opowiada.

Stadnina, 70 km od Olsztyna, przy trasie z Warszawy do Gdańska, w czasach PRL-u była wielkim pegeerem. Hektarów trzy i pół tysiąca, 250 ludzi; ponad tysiąc krów i prawie pół tysiąca koni. Dziś gospodarstwo skurczyło się o połowę.

Jeden z dyrektorów dawnego pegeeru, Ryszard Witoszyński, kolekcjonował pojazdy konne. Uzbierał ich 38. Ale jego następca zaczął pozbywać się powozów - sprzedał dziewięć, w tym milorda.

- To była znana kolekcja. Dyrektorami stadniny byli światli ludzie. Nikt nie sądził, że coś zniknie - mówi konserwator Wysocki.

Ale powozów nie było w rejestrze zabytków. Zgodnie z prawem o taki wpis musiałby postarać się sam właściciel, czyli pegeer.

 

Poszukamy milorda przez Interpol

 

- Sprzedaż powozu Piłsudskiego to nie przestępstwo. Transakcja była legalna. Co miał zrobić miejscowy komendant, rzucić się pod tira z bryką? - pyta podinspektor Jerzy Punda, naczelnik wydziału do spraw przestępczości gospodarczej Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie.

- Wkroczyliśmy do akcji, bo wpadliśmy na trop, że cztery inne powozy z Plękit: wiktorię, vis-a-vis, zieloną karetę angielską i bryczkę parokonną przemycono do Niemiec - mówi. Stadnina sprzedała je jesienią 1992 roku polsko-niemieckiej spółce Hamko z Gdańska za 250 mln starych złotych. Spółka postarała się o zaświadczenie, że to "kopie z lat 60., bez wartości zabytkowej" i wywiozła je z Polski. Zaświadczenie wystawiła Anna K. z Muzeum Narodowego w Gdańsku. W zeszłym roku sąd skazał ją na półtora roku w zawieszeniu za poświadczenie nieprawdy. Ale spółka Hamko zniknęła z powozami.

- Gdyby pan Berger wywiózł brykę Piłsudskiego z kraju, też byłoby to przestępstwo. Ale to trzeba udowodnić - mówi podinspektor Punda.

- Jak trzeba będzie, zwrócimy się do Interpolu - dodaje konserwator zabytków.

- Szukamy bryczki, bo chodzi o wartości nadrzędne - zapewnia podinspektor.

 

Berger zniknął z milordem?

 

Konserwator Jacek Wysocki dowiedział się, że firma Bergera - Berpol ma siedzibę w Warszawie: pokój 417 w Hotelu Europejskim. Poprosił więc kolegę konserwatora ze stolicy, żeby to sprawdził. Ten odpisał: pokój zamknięty, telefon nie odpowiada.

- Podobno Berger przychodził tam w środy z telefonem komórkowym i załatwiał interesy - mówi Wysocki. Narzeka, że sam nie ma "takich długich rąk", by dopaść Bergera.

- Policja z Olsztyna też nie może założyć kotła w pokoju 417. Musi to zrobić policja warszawska, a ta nie ma czasu na takie drobiazgi. Pewnie ściga mafię z Pruszkowa albo z Wołomina - podejrzewa konserwator.

Policjanci z Olsztyna mówią jednak bez ogródek: - Co my możemy?! Berger to nie jest zwyczajny człowiek. Ma niemieckie obywatelstwo, jeździ mercedesem sześćsetką, przylatuje prywatnym samolotem. Nawet gdybyśmy go znaleźli, toby nas olał!

Dzwonię do Hotelu Europejskiego. Recepcjonistka dobrze pamięta Bergera: - To nasz stały gość. Ale teraz u nas nie mieszka. Kilka miesięcy temu zlikwidował biuro w hotelu.

Księgowy Dytkowski ocenia: - Gdyby prezydent Kwaśniewski chciał pojeździć powozem Piłsudskiego, policja znalazłaby go w pięć minut!

 

Wyciągaliśmy milorda na okazje ekstra

 

Joanna Rudnicka napisała pracę dyplomową o powozach z Plękit. Mieszka w Morągu, kilkanaście kilometrów od stadniny.

Mówi, że dyrektor nie lubił, kiedy ktoś z zewnątrz interesował się powozami.

- Przekupiłam więc stróża i fotografowałam je w nocy - opowiada. - Milorda już brakowało.

Joanna Rudnicka pamięta stadninę z dzieciństwa. - Kiedyś każdy, kto pracował w Plękitach, był dumny z powozów. Oglądały je wycieczki. Ludzie z okolicy przyjeżdżali z rodzinami. Latem pożyczali bryczki, zimą - sanie na kuligi. Teraz to zanika. Może ludzie zapomnieli o powozach? Szkoda. Pamiętam ten tupot koni i stukot kół.

- Powozu Piłsudskiego nie pożyczaliśmy byle komu. Mieliśmy do niego sentyment. Wyciągaliśmy go tylko na okazje ekstra - mówi Wanda Schillak, kierowniczka stadniny.

Masztalerze pamiętają szacha Iranu Rezę Pahlaviego w milordzie zaprzężonym w cztery srokate konie. Opowiadają też, jak w plękickim lesie "zaroiło się od gliniarzy", gdy jeździli po nim Mieczysław F. Rakowski z parlamentarzystką z Australii. Ona w karecie, on w "lalce" (tak w stadninie nazywają powóz vis-a-vis, który grał w filmie "Lalka").

 

Milord, łopata, miotła, fartuch

 

Stefan Łagowski, dyrektor stadniny, który sprzedał powozy, pracuje dziś w Rolimpeksie, spółce handlującej płodami rolnymi. Spotykamy się na XXV piętrze warszawskiego wieżowca.

- Dlaczego pan sprzedał powozy?

- Z biedy! Banki dawały kredyty biznesmenom w białych skarpetkach, ale nie dobrze prosperującym pegeerom. Potrzebowaliśmy materiału hodowlanego. Mieliśmy najlepsze obory na wschód od Wisły po Wyspy Kurylskie! Kupiłem jałówki - holsztyno-fryzy, najbardziej mlecznej rasy na świecie. Ich mleko do dziś trzyma Plękity. Nie było pieniędzy na zapłatę, padło więc na bryczki.

- Nie szkoda panu powozu Piłsudskiego?

- Wybrałem mniejsze zło. Rada pracownicza zgodziła się.

- To był zabytek...

- Dla mnie to był złom zaksięgowany wśród pozycji: łopata, miotła, fartuch. Jedna z bryczek rozleciała się pode mną, złamałem nogę i obojczyk. W latach osiemdziesiątych pytałem ówczesnego konserwatora w Olsztynie, czy to zabytki. Przysłał jakichś ludzi. Zabronili wycinać platany w parku i skuwać stiuki przy tynkowaniu pałacu. O brykach nic nie mówili.

- Ludzie nie chcieli ładować powozu na ciężarówkę.

- Ee, tam! Jakbym im powiedział, że nie będzie wypłaty, sami zaciągnęliby brykę do Warszawy!

- Nie żałuje pan?

- Żałowałem od początku. Zrobiłem to w depresji. Myślałem, że wyprowadzę Plękity z kłopotów, ale nie dało się. Mam złamane życie! 27 lat byłem dyrektorem w pegeerach. Chodziłem w mundurze z dystynkcjami. Jak kazali, trzaskałem kopytami i jechałem w Koszalińskie, Pilskie, a na koniec do Plękit. To były piękne lata. Kochałem to, co robiłem. Po roku 1990 nie mogłem pogodzić się z tym, że rozwalili pegeery! Musiałem zwalniać ludzi, ziemia leżała odłogiem. Siostra, psycholog, poradziła mi: zmień pracę. Wyjechałem więc do Warszawy.

Po chwili dodaje: - Gdybym wiedział, gdzie teraz jest powóz Piłsudskiego, sam próbowałbym go odzyskać. Miałem nadzieję, że trafi w dobre ręce.

 

Gdybyśmy wiedzieli, że milord to...

 

- Wycieczkom wstydziliśmy się powiedzieć, że sprzedaliśmy powóz po Piłsudskim. Sam oszukiwałem, że jest w konserwcji. Bez niego stadnina stała się obrzydliwym pegeerem - kręci głową księgowy Dytkowski.

- Lepiej było sprzedać jednego konia więcej. Urodziłby się następny - przytakuje podkoniuszy Schillak.

W powozowni stoi to, co zostało z kolekcji: wiejskie bryczki, amerykańskie buggy, treningowa sulka do młodego konia, czterokonny wóz strażacki, sanie z Pomorza w kształcie muszli.

- Sanek jakoś nikt nie chciał kupić. Całe szczęście, bo są fajne - cieszy się podkoniuszy. Prowadzi mnie do szorowni - pomieszczenia na uprząż. Bał się, że Łagowski i ją sprzeda. Dlatego nikogo nie wpuszczał do szorowni. Schował klucz i mówił wszystkim, że się zapodział.

Krótko po tym, jak Łagowski sprzedał bryczki, Plękity przejęła Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa w Warszawie. Zgodziła się, by Łagowski jeszcze przez rok zarządzał stadniną. Dopiero gdy odszedł, wyszło na jaw, że zniknęły zabytki.

- Jesteśmy Bogu ducha winni. Gdybyśmy wiedzieli, że w Plękitach jest bryka Piłsudskiego, udekorowalibyśmy ją tabliczką - zapewnia rzecznik agencji Jan Wójcik.

- Los powozów z Plękit to tylko wierzchołek góry lodowej - mówi konserwator Wysocki o zabytkach w pegeerach.

- Nachodzą mnie różni tacy, pytają, czy sprzedam bryczki, które zostały - mówi Andrzej Werner, obecny zarządca stadniny (piąty w ciągu trzech lat). Na razie odmawia.

 

Nie wiem, czy Piłsudski kochał milorda.

 

Warakałki to kilka chałup pod lasem. Samochód grzęźnie w błocie. Tu mieszka Ryszard Witoszyński, były dyrektor stadniny w Plękitach, który zbierał bryczki.

Siwy pan pod siedemdziesiątkę. Utyka, bo w młodości miał wypadek na zawodach jeździeckich. Cieszy się, że ktoś go odwiedził. Wyciąga domowe nalewki: kminkówkę i krupnik litewski. W domu nie działa ogrzewanie, piec zepsuł się, syn ma naprawić. Siedzimy w kurtkach. - Przez te bryczki musiałem w roku 1981 odejść z Plękit! Rada pracownicza pisała do Warszawy, że zamiast dbać o robotnika, skupuję karety. Zarzucili mi, że zrobiłem z magazynu Belweder, bo z przodu wstawiłem kolumny. Po to, by koniom nie lało się na łby - wspomina Ryszard Witoszyński.

Po trzecim kieliszku kminkówki Witoszyński zaczyna opowiadać o swoim przodku - rycerzu Witoszy, który przybył do Polski w roku 1575 z królem Stefanem Batorym z Siedmiogrodu. Po czwartym - o ojcu, który z seminarium duchownego w Galicji uciekł do austro-węgierskich huzarów.

- Mam po nim staropolskie, głupie nawyki. Lubię się postawić. Sam pijut, sam hulaju, sam se stelu, sam lachaju (sam piję, sam hulam, sam sobie ścielę, sam śpię) - cytuje ukraińskie przysłowie.

W Plękitach był 17 lat. Bryczki zaczął zbierać zaraz po wojnie.

- Pierwszy powóz to był faeton. Kupiłem go w Udorzu pod Wolbromiem od hrabiny Moesowej. Jechałem nim do ślubu. Zrobiła go wiedeńska firma Lohner, dostawca powozów na dwór cesarza Franciszka Józefa. Faeton wciąż stoi w Plękitach - to jedyny egzemplarz w Polsce.

- Milord to była najcenniejsza bryka. Nie wiem, czy Piłsudski ją kochał, ale na pewno używał jako ulubioną. Razem z nią kupiłem w Kielcach wiktorię. To też superpowóz! Leżał w pokrzywach. Rzucili go tam biskupi kieleccy, gdy przesiadali się do samochodów.

Witoszyński wzdryga się, gdy pytam o Bergera: - Za moich czasów nie miał wstępu do Plękit. Nie lubię nachalnych ludzi.

Nie ma jednak pretensji do Łagowskiego, że sprzedał bryki. Sam ma długi i musiał sprzedać ulubioną kolekcję szabel (najstarsza: kozacka z roku 1906).

Od niedawna Witoszyński znów myśli o bryczkach. Zięć kupił od chłopa pod Rzeszowem przedwojenną bryczkę, zrobioną w firmie braci Buraków. Jeździł nią dowódca 20. pułku ułanów im. króla Jana III Sobieskiego.

 

Powiem panu całą prawdę o milordzie

 

- Nie wiem, jaką milord Piłsudskiego miałby wartość na rynku. Ale kolekcjonerzy daliby na pewno ogromną sumę. Ile mogą kosztować mercedesy czy lancie z rządowych garaży? - mówi Jacek Wysocki, konserwator zabytków z Olsztyna.

Zbigniew Prus-Niewiadomski, dobry znajomy Witoszyńskiego, wie prawie wszystko o powozach w Polsce. Pomagał je zbierać stadninom. Zna wszystkie kolekcje w kraju. Dzwonię do niego w piątek 7 listopada.

- Jaka jest wartość powozu Piłsudskiego, milorda z Plękit?

- Proszę pana, to wielkie nieporozumienie. Wcale nie wiadomo, czy to powóz Piłsudskiego.

- Jak to?!

- Piłsudski używał otwartego landa, które należało do króla belgijskiego Alberta. W czasie pierwszej wojny światowej powóz zdobyli Niemcy i wywieźli do Warszawy. Po zakończeniu wojny lando nie wróciło do Belgii, bo Albert podarował je Polsce.

- A milord?

- Wszystko panu wyjaśnię, gdy się spotkamy.

Umawiamy się na poniedziałek 10 listopada. Przed spotkaniem jeszcze raz dzwonię. W słuchawce słyszę głos kobiety.

- Czy zastałem pana Prusa-Niewiadomskiego?

- Przykro mi. Zmarł w nocy na serce.

 

 

 

° LIST OD CZYTELNIKA

MAGAZYN, dodatek do Gazety Wyborczej, 27 marca 1998, s. 66

 

Reportaż Michała Matysa o milordzie Józefa Piłsudskiego ("Fatum nad milordem", "Magazyn" nr 1/252) czytałam z wypiekami na twarzy z oburzenia na brak odpowiedzialności, beztroskę i bezmyślność, nieuctwo ludzi, którym powierza się wysokie, dyrektorskie stanowiska i pieczę nad majątkiem państwowym.

Temat pojazdów konnych rzadko wypływa na forum publiczne, a milczeć w tej sprawie nie mogę.

Wspomniany w artykule Zbigniew Prus-Niewiadomski był moim nauczycielem i wieloletnim konsultantem Działu Pojazdów Konnych Muzeum-Zamku w Łańcucie. Od niego dowiedziałam się o wywiezieniu za granicę kilku zabytkowych pojazdów z plękickiej kolekcji, zebranej przez ówczesnego dyrektora PGR-u, pana Ryszarda Witoszyńskiego, którego ceniliśmy i podziwialiśmy za jego odwagę, gospodarność i zamiłowanie do zabytkowych pięknych powozów i uprzęży.

Powstało wówczas w Polsce kilka dużych kolekcji. W Plękitach pan Witoszyński zgromadził i wyremontowł 38 powozów, breków, bryczek i sań, dla których wystawił osobny budynek. Zwiedzało się ten zbiór jak muzeum, a oddani pracownicy dumni byli ze skarbu.

Były w tej kolekcji nie lada perełki: właśnie milord z ok. 1910 r., powóz wiktoria, znakomity stanhope-faeton - ogromna rzadkość z wiedeńskiej Hofwagenfabrik Lohnera, bryczki polskie ze znanej wytwórni Braci Buraków w Kielcach i Firmy Bogajewicz w Pniewach, wspomniane przez autora saneczki w kształcie muszli.

W Klikowej (obecnie przedmieście Tarnowa) kolekcją gromadzoną z ogromną pasją i miłością był, i na szczęście jest, dzięki mądremu dyrektorowi, zbiór Adama Niedziałkowskiego liczący ponad 40 egzemplarzy. Są tu cenne bryczki produkcji berlińskiej, praskiej, budapeszteńskiej i polskie dokarty, wózki, sanie i wspaniałe uprzęże.

W Pniewach Wielkopolskich gromadzi rzeczy bezcenne właściciel warsztatu powoźniczego, inż. Michał Bogajewicz. Jest to np. kareta coupe d'Orsay, mail coach oraz karety, powozy, sportowe breki, bryczki, sanie.

Pokaźnym zbiorem jest także wozownia w Golejewku pod Rawiczem, zebrana przez inż. Macieja Świdzińskiego i jego żonę, prof. dr Kingę z hr. Potockich Świdzińską, obecnie dyrektorkę Stadniny Koni pełnej krwi.

Nie mogę też pominąć zebranej przeze mnie w latach 1960-90 drugiej kolekcji w Łańcucie. Zbiór ten obecnie ma ponad 70 karet, powozów, bryczek i sań pochodzących z terenów powojennej Polski, przeważnie z wytwórni polskich. W Łańcucie znajduje się też unikat w skali światowej - koczyk gdański z poł. XVIII w.

Nie mogę zrozumieć, jak można było dopuścić do wywozu zabytkowych pojazdów za granicę? W ten sposób zubożono polską kulturę. A czy podobne akty nie powtórzą się w przy-szłości?

Nad milordem zawisło nie tylko fatum, ale i cała fatalna plątanina nieprawdziwych informacji. Nie wiem, skąd pan Jacek Wysocki - konserwtor zabytków z Olsztyna - wie, że powóz z Plękit, sprzedany za jałówki obywatelowi Niemiec, Bergerowi, "został wyprodukowany ok. 1920 r. przez warszawską firmę Filipa Loretza dla Marszałka Piłsudskiego"? Jako córka legionisty, szwoleżera 1 Pułku Szwoleżerów 5 Szwadronu Detaszowanego, por. Brochwicz-Lewińskiego (przy Belwederze) i wielkiego czciciela Marszałka, bardzo chciałabym, by tak było. Ale... fabryka pojazdów Filipa Loretza w Warszawie istniała od roku 1866 do 1914.

Zbigniew Prus-Niewiadomski w swojej książce "Karety, bryczki i uprzęże" (Warszawa, 1995) pisze: "W grupie pojazdów wyjazdowych widzimy dwa powozy. Pierwszy z nich to typ milorda o lekkiej i bardzo estetycznej sylwetce. Ma on wszelkie cechy pojazdów budowanych na terenach dawnej Kongresówki, a został wykonany przez renomowany zakład Filipa Loretza w Warszawie przy ul. Leszno 23. Wraz z karetą tej samej firmy stanowił kiedyś środek lokomocji biskupów kieleckich, najprawdopodobniej 16 czerwca 1910 roku zakupiony przez kurię. W 1932 roku hierarchowie kieleccy woleli już przesiąść się do samochodów, a pojazdy zakupił jeden z obywateli Kielc, p. Rutczyński. Jego syn w 1969 roku sprzedał karetę do powozowni nieborowskiej, a kilka lat później przekazano milorda do Stadniny w Plękitach. Rzecz tym cenniejsza, że należy do nielicznych zachowanych produktów czołowych wytwórców polskich. I cóż więcej dodać? Ano, można. W książce albumie Juliusza Englerta "Józef Piłsudski" (Londyn, 1991) trafiam na fotografię Marszałka, jako żywo, w milordzie. W podpisie czytam: "Kraków, ul. Gołębia - marzec 1916". Piłsudskiego przyjmowano w wielu miastach polskich.

 

TERESA FABIJAŃSKA-ŻURAWSKA, LUBLIN;

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

ZIEMIA OBIECANA RAZ JESZCZE

MAGAZYN, dodatek do Gazety Wyborczej, 11 sierpnia 1995, s. 6. Reportaż przedrukował paryski tygodnik "Courrier International”.

 

Podwórko dawnych zakładów Scheiblera zapchane samochodami. W budynku pracuje pół setki małych fabryczek. Na parterze dziewiarnia, na piętrze produkcja skarpet i rajstop, z prawej sitodruk, z lewej szwalnia.

 

Ewa zawsze chciała wyjechać z Poddębic do Łodzi. Trzy lata temu przyjechali tu ludzie, którzy szukali szwaczek do prywatnej fabryki w Pabianicach. Pabianice to już prawie Łódź, więc Ewa natychmiast się zdecydowała.

Dziś szyje pstrokate spódnice i żakiety, zaprojektowane w Paryżu przez Pierre'a Cardina. Wcześniej widziała takie tylko w telewizji.

Ewa ma 21 lat, jest wysoką i zgrabną szatynką. W Poddębicach skończyła odzieżówkę i poszła na praktykę do miejscowej filii zakładów Próchnika. Ale Poddębice to dziura w Sieradzkiem, a ona chciała do prawdziwego miasta, gdzie dobrze płacą.

Z Poddębic do Pabianic jest prawie 60 km. Przez pierwszy rok Ewa dojeżdżała do pracy autobusem podłódzkiej fabryki. Trzeba było wstawać o piątej. Autobus jechał godzinę, zawsze pełen śpiących dziewczyn.

Od dwóch lat nie kursuje, bo dziewczyny powychodziły za mąż i zamieszkały w Łodzi lub Pabianicach - tak jak Ewa.

Jest dobrą szwaczką. Dlatego pracuje we wzorcowni, gdzie powstają próbne kolekcje. Stroje podobają się Ewie. Ale chciałaby zarabiać więcej, bo na rękę bierze 4,2 mln starych złotych. Nie zamierza jednak przesiedzieć całego życia przy maszynie.

Ożywiona fabryka

Centrum Łodzi. XIX-wieczne, szare kamienice. Można się tylko domyślić, że niektóre były pałacami fabrykantów.

W głębi, za podwórkami - ceglane fabryki ze schodami przeciwpożarowymi na zewnątrz. Od dwóch, trzech lat nie ma już w nich państwowych przedsiębiorstw włókienniczych. Przeprowadziły się do betonowych hal wybudowanych za Gierka na Widzewie, peryferyjnej dzielnicy Łodzi, gdzie metr powierzchni jest tańszy.

Stare fabryki w centrum wyglądają jak ruiny, ale nie stoją puste. Podwórko dawnych zakładów Scheiblera (przed dwoma laty budynek należał do "Uniontexu", największej fabryki bawełnianej w mieście) zapchane samochodami. W budynku pracuje pół setki małych fabryczek. Na parterze dziewiarnia, na piętrze produkcja skarpet i rajstop, z prawej sitodruk, z lewej szwalnia. Wszędzie nowoczesne maszyny i komputery.

- Teraz nowy fabrykant łódzki wcale nie musi budować. Za dwa albo trzy miliony starych złotych miesięcznie może wynająć sto metrów od państwowej fabryki - opowiada Andrzej, właściciel szwalni po lewej.

Polak i Niemiec

Zakładami "Pabia-Moden", do których przyjechała Ewa, zarządzają wspólnie, jak w "Ziemi obiecanej", Polak i Niemiec - Jerzy Latuszkiewicz i Hans Juergen Kube.

Paryski dyktator mody Pierre Cardin dał im wyłączność na produkcję i sprzedaż kolekcji damskiej na Wschodzie. Z francuskimi strojami sprzedają w Mińsku i Moskwie odzież, którą sami projektują w "Pabii".

"Pabia" była pierwszą dużą fabryką w łódzkiej aglomeracji, kupioną przez prywatnego przedsiębiorcę. 3,5 mln marek wyłożył Lothar Radomski, właściciel fabryki guzików w Berlinie. Jego pradziadek pochodził z Polski. Radomskiego namówił na interes znajomy, Hans Juergen Kube. Znał dobrze Łódź. Od lat dla niemieckich zleceniodawców wyszukiwał fabryki na Wschodzie, które będą szyły dla nich odzież.

Hans Juergen Kube - postawny mężczyzna, o tubalnym głosie - wierzy w rozwój gospodarczy Polski i twierdzi, że można tu zarobić. Jest dziś jednym z dwóch prezesów "Pabii". Czuje się jednak projektantem. W swojej pracowni opracowuje kreacje na każdy sezon. Żartuje, że z Pierre'em Cardinem spotkał się 25 lat temu, ale nie śnił, że będzie współpracował z nim pod Łodzią.

Jerzy Latuszkiewicz nie ma jeszcze czterdziestki. W państwowej "Pabii" był szefem działu handlowego, w prywatnej - jest menedżerem. Odpowiada za produkcję i sprzedaż. Radomski ma do niego zaufanie, bo Latuszkiewicz w branży odzieżowej porusza się jak ryba w wodzie.

W holu fabryki - współczesne rzeźby i obrazy. Kube i Latuszkiewicz kupują je w galeriach.

- Pracownicy powinni obcować ze sztuką - mówią z powagą obaj.

Trzy lata temu, gdy "Pabię" kupił Niemiec, zatrudnienie wynosiło 450 osób. Dziś - 800, ale połowa szwaczek dojeżdża z daleka - z Sieradza, a nawet Bełchatowa. Nie można było ich znaleźć w Łodzi.

Scheibler wyszedł przed chwilą

"Uniontex" (przedtem Łódzkie Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju) przypomina średniowieczny zamek. Mury z czerwonej cegły, na bramach wieżyczki. Wewnątrz osiedle dla prządek, brukowane ulice. W XIX wieku ludzie nazywali go "Królestwem Scheiblera".

Gabinet dyrektora Marka Tazbira wygląda jakby przed chwilą wyszedł z niego Scheibler. Stylowe biurko, antyczny zegar.

Cztery lata temu "Uniontexowi" nikt nie dawał szansy na przetrwanie, bo był za duży. Dyrektor Tazbir dokonał niemożliwego - za kilka miesięcy fabryka stanie się, jak pół wieku temu, spółką akcyjną. Tylko że wtedy udziałowcami byli Scheiblerowie i Grohmanowie, a dziś będą wierzyciele. Dostaną akcje w zamian za zgodę na redukcję wielomiliardowego długu.

Fabryka Scheiblera sprzedawała na Wschód. Zajmowała jedną szóstą powierzchni ówczesnej Łodzi.

W PRL tkaniny i przędza z fabryki nadal jechały na Wschód. A na początku lat 70. maszyny z zeszłego stulecia były scenografią dla Wajdy, który kręcił "Ziemię obiecaną".

Tazbir został dyrektorem państwowej fabryki w grudniu 1989 roku. Wschodni rynek wtedy się zamknął, związki zawodowe żądały podwyżek, rosły długi. Nowy dyrektor musiał jedną z hal do połowy zagrodzić drutem, a maszyny przykryć folią, bo ze stropu w czasie deszczu kapała woda. Pod maszynami zamieszkały koty.

Tazbir oddał niepotrzebne hale innym firmom, pałac fabrykanta - miastu. Do znudzenia negocjował z izbą skarbową, wierzycielami i "Solidarnością". Z posady chciał trzy razy zrezygnować, ale w końcu wyprowadził fabrykę na prostą.

Dziś "Uniontex" produkuje miesięcznie ponad milion metrów bieżących tkanin i 500 ton przędzy - nieco więcej niż w roku 1989. Szwedzka IKEA kupuje tkaniny na obicia mebli, "Vistula" i "Bytom" robią z nich podszewki.

Tazbir woli sam nie ryzykować handlu ze Wschodem. Ale jedną trzecią tkanin sprzedaje krajowym szwalniom, które robią bluzki i spódnice. Potem pakują towar w walizki lub kontenery i wysyłają za wschodnią granicę.

"Uniontex" zaczął nawet szukać do pracy prządek i tkaczy (zatrudnia 2,4 tys. osób). Płaci 5 mln starych złotych, ale chętnych nie ma.

Chemik jak Borowiecki

Andrzej szyje damskie bluzki z dzianiny. Jest dziś kapitalistą pełną gębą. Pierwsze sto metrów w starej fabryce wynajął rok temu. Interes się rozkręcił, więc wydzierżawił jeszcze dwieście.

Jest chemikiem - jak u Reymonta Borowiecki. Myślał, że po studiach zostanie na politechnice, ale pięć lat temu nie zarobiłby tam nawet miliona. Wziął więc sprawy w swoje ręce. Zaczął od wycieczek handlowych do Turcji. Ciuchy stam- tąd szły jak woda. Ale Andrzeja denerwowali celnicy.

- Najgorsi byli bułgarscy, cały autokar musiał składać się dla nich na prezenty - wspomina.

Cztery lata temu przerzucił się na handel na bazarach odzieży pod Łodzią, dokąd przyjeżdżają hurtownicy z całego kraju. Codziennie musiał wstawać o piątej i dźwigać worki z odzieżą do poloneza. Pomyślał, że sam weźmie się za szycie.

Znalazł kilka kobiet: dwie bezrobotne i trzy emerytki, które chciały szyć w domach. Sąsiada zatrudnił do krojenia bluzek.

Biznes poszedł piorunem. Emerytki nie nadążały. Po roku Andrzej otworzył zakład w wydzierżawionej hali.

Budynek jest odrapany, na drzwiach napis kredą: szwalnia. Wewnątrz świeża farba na ścianach, klimatyzacja ("tanio kupiona od Rosjan") i owerloki za dwa miliardy starych złotych.

15 szwaczek szyje bluzki. Są proste w kroju - z większym lub mniejszym dekoltem. W hurcie kosztują do 60 tys. starych złotych, natomiast w detalu - 100 tys. złotych. Prawie połowę kupują pośrednicy, którzy jadą z nimi do Rosji i na Białoruś.

- Dziś wszyscy dawni przemytnicy zatrudnili szwaczki - śmieje się Andrzej. - Całe miasto szyje: koszule, bluzki, leginsy, dżinsy pod własną metką i podróbki, jeśli to klient woli.

Dorobił się mieszkania własnościowego w blokach (do tej pory mieszkał z żoną i dzieckiem w czynszowej kamienicy). Zamierza nadal inwestować w zakład. W czwartej hali może otworzy dziewiarnię.

Nie zgadza się, by podać jego nazwisko.

- Nie chcę reklamy, niech mnie uważają za przeciętniaka. Pieniądze robi się w ciszy - tłumaczy.

Duś bliźnich, bo oni cię zaduszą

Elitę nowych kapitalistów, posiadaczy największych fortun, po 1989 roku miał skupiać Klub Kapitału Łódzkiego.

Ma siedzibę w pałacu Poznańskiego (efektowny budynek, architektonicznie wzorowany na paryskim Luwrze).

Klub na początku działalności zasłynął wystawnymi przyjęciami w pałacowym ogrodzie. Przyjęciom przyglądali się przez kraty robotnicy z sąsiedniego "Poltexu", czyli dawnych zakładów bawełnianych Poznańskiego. "Poltex" był jednym z pierwszych w Łodzi przedsiębiorstw, które w roku 1991 postawiono w stan likwidacji. Nie przetrwał.

Dziś złośliwi w Łodzi mówią, że Klub Kapitału Łódzkiego to klub bankrutów. Prezes Michał Kropidłowski (w latach 70. pierwszy prywatny butik w mieście) zbankrutował, a Janusz Baranowski, najbardziej znany członek klubu, siedzi w celi oskarżony o kradzież miliardów.

Baranowski stworzył w Łodzi imperium. Zaczął w roku 1988 od zakładu ubezpieczeń Westa. Potem Baranowski lub Westa kupowali udziały w zakładach Próchnika, giełdzie towarowej, klubie sportowym Widzew. Szef Westy miał nawet własną gazetę i zakład pogrzebowy. Był niemal instytucją charytatywną - pożyczał pieniądze państwowym zakładom, kupował sprzęt dla szpitali. Wzór nowego kapitalisty - dostał specjalną nagrodę "Polityki".

W 1993 roku okazało się, że Westa nie ma pieniędzy, a ci, którzy wpłacili jej składki, zostali wykiwani. Baranowski poszedł do więzienia.

- Nikt nie stanął w jego obronie, nie powiedział nawet dobrego słowa. Okrutne jest życie biznesmena, gdy powinie się mu noga - mówili koledzy z klubu.

Rada Karola Borowieckiego: "Łódź to las, to puszcza - masz mocne pazury, to idź śmiało i bezwzględnie duś bliźnich, bo inaczej oni cię zaduszą, wyssają i wyplują z siebie".

Na chleb

Prawie co dziesiąty mieszkaniec województwa łódzkiego to przedsiębiorca - na 1,12 mln mieszkańców działa blisko sto tysięcy podmiotów gospodarczych. Wojewódzki Urząd Statystyczny szacuje, że jedna trzecia to szwalnie. Wszystkie poszukują szwaczek.

W maju do pracy w Łodzi chciało przyjechać tysiąc Białorusinek. Wojewódzki Urząd Pracy zaproponował im pracę w szwalniach na półroczne kontrakty. Białorusinki nie przyjadą jednak, bo w obronie miejsc pracy łódzkich szwaczek zaprotestowała "Solidarność". Urząd pracy ugiął się pod naciskiem i zrezygnował.

Ale szwaczki w Łodzi nie chcą stałych miejsc pracy. Do zakładu Andrzeja nie zgodziły się przyjść bezrobotne, które szyły mu chałupniczo bluzki.

Andrzejowi zależało najbardziej na pani Magdzie, bo szyje szybko. Ale powiedziała, że nie będzie siedziała przez dziewięć godzin przy owerloku, bo chce mieć prywatne życie. W domu szyła po cztery godziny dziennie i dostawała miesięcznie 6 mln.

U Andrzeja szwaczki szyją na akord. Najlepsze zarabiają po kilkanaście milionów. Ale czasem muszą zostać po godzinach. Pani Magda obraziła się na Andrzeja, gdy nie chciał puścić jej wcześniej do domu. - Pan pracuje na mercedesa, a mnie wystarczy na chleb - powiedziała na do widzenia.

Chleb pani Magdy to dwójka dzieci, nie wykończony dom z anteną satelitarną. I jeszcze dziesięcioletnia toyota, którą jeździ po zasiłek.

Pani Magda jest jedną z trzech tysięcy zarejestrowanych w Łodzi bezrobotnych szwaczek. Na rękę dostaje od państwa zasiłek 202 zł 60 gr (2 mln 26 tys. starych złotych).

Czerwona kostka

"Bruk uliczny, pełen dziur i wybojów, był pokryty masą lepkiego błota, które opryskiwało trotuary i spacerujących" - tak opisywał Reymont główną ulicę Łodzi, Piotrkowską. W PRL na ulicy też były dziury pełne błota. Od czterech lat Piotrkowska to największa inwestycja w Łodzi. Ma cztery kilometry długości. Władze miasta układają na ulicy betonową, ozdobną kostkę, a sklepikarze remontują XIX-wieczne eklektyczne kamienice.

Kostka kosztuje co roku ponad 10 mld starych złotych. Aby ją położyć, trzeba wymienić rury gazowe pod Piotrkowską. Od początku stulecia nikt ich nie ruszał, w PRL otwierano tylko studzienki telefoniczne w chodnikach, by nie gromadził się tam gaz (co groziło wybuchem).

Kostkę na Piotrkowskiej wymyślił poprzedni, ZChN-owski Zarząd Miasta. Dlatego SLD i Unia Pracy były jej przeciwne, choć na pierwszym odcinku ulicy kostka była czerwona. Twierdziły, że pieniądze powinny iść na bezrobotnych.

Po zeszłorocznych wyborach samorządowych ZChN-owski Zarząd Miasta odszedł, ale firmy budowlane nadal układają kostkę - już nie czerwoną, ale szarą. I nikt jej teraz nie krytykuje.

- Kolor czerwony nie ma politycznego znaczenia. Był lepszy, bo bliższy tradycji. Na wielu ulicach w Łodzi leżała przed wojną czerwona cegła klinkierowa. Przy szarym kolorze uparł się konserwator - mówi architekt miasta Piotr Biliński.

"Piotrkowska ulica od Gajerowskiego Rynku aż do Nawrot jest fabryczną; od Nawrot do Nowego Rynku - handlową, a w dół do Starego Miasta - tandeciarsko-żydowską" - zauważył Reymont. Dziś fabryki z Piotrkowskiej wyprowadziły się. W halach fabrycznych powstały sklepy i puby. Najmodniejszy jest klub "Fabryka". Strop hali podparty belkami, surowe, ceglane ściany. Na środku, zamiast krosien, metalowe stoły i krzesła. Naprzeciwko towarowej windy podświetlany bar i płaski ekran telewizyjny. Obok nastolatków do "Fabryki" przychodzą artyści, prawnicy, politycy.

Robotniczy płacz

Łódzcy robotnicy w XIX wieku zbierali się na Starym Rynku, gdzie kończyła się Piotrkowska (dziś ten odcinek ulicy nazwano Nowomiejską).

"Na kwadratowym placu, obstawionym starymi, piętrowymi domami, nigdy nie odnawianymi, zastawionym setkami szkaradnych bud i kramów, tłoczyło się kilkanaście tysięcy ludzi, setki wozów i koni, wszystko to krzyczało, mówiło, klęło, biło się czasem" (Władysław Reymont). Tam właśnie zaczęła się kariera Leszka Millera w III Rzeczypospolitej. Zaczęła się na postumencie, który pozostał po rozebranym pomniku Juliana Marchlewskiego. Dwa lata temu Miller przemawiał z postumentu podczas wiecu pierwszomajowego. Kilka miesięcy później w wyborach do Sejmu dostał prawie sto tysięcy głosów łodzian, a potem został ministrem pracy.

Miller przyjechał do Łodzi ze stolicy, ale pochodzi z Żyrardowa. Jest synem krawca i szwaczki. W Żyrardowie skończył zawodówkę, wstąpił do PZPR. Za Gierka mozolnie piął się w górę. Skończył na sekretarzu KC PZPR.

Z Łodzi postanowił kandydować, bo liczył na głosy zwalnianych prządek i tkaczek. I nie przeliczył się. W 1991 roku dostał ich prawie 50 tysięcy.

Na postumencie po Marchlewskim wezwał do przedterminowych wyborów.

- Robotnicza Łódź rozliczy tych, którzy rządzą w mieście - zapowiedział z cokołu (chodziło o rządzącą wówczas miastem koalicję zdominowaną przez ZChN). Cytował też odezwę Piłsudskiego. Starsi ludzie płakali.

Król bawełny

Marian Błędniak od 30 lat sprowadza z Uzbekistanu i Kazachstanu bawełnę, którą przerabiają łódzkie fabryki, w tym "Uniontex".

W PRL robił to w jednej z najpotężniejszych, państwowych central handlu zagranicznego "Textilimpeksie". Ale w roku 1989 postanowił zająć się handlem ze Wschodem na własną rękę. Założył spółkę "Galtex". Jest jej szefem i głównym udziałowcem. Spółka wysyła do krajów byłego ZSRR ziemniaki, jabłka i cebulę, a sprowadza bawełnę.

Interes tak się rozwinął, że "Galtex" zaczął pośredniczyć na początku lat 90. w rządowych transakcjach barterowych (towar za towar) między Polską a krajami Wspólnoty Niepodległych Państw. Dlatego spółka sama zajęła się rolnictwem - wydzierżawiła pod Łodzią prawie pół tysiąca hektarów po upadłym pegeerze (wśród ziemniaczanych pól stoi gorzelnia).

Dziś "Galtex" ma w Łodzi sieć sklepów spożywczych. Delikatesy przy Piotrkowskiej jako jedyne na ulicy, oprócz Grand Hotelu, mają drzwi na fotokomórkę.

Marian Błędniak nie lubi rozmawiać z dziennikarzami. Sekretarka odpowiada grzecznie, że prezes nie ma czasu w tym tygodniu, ani w następnym, ani później.

Błędniak dobrze żyje z politykami. Przed ostatnimi wyborami do parlamentu był wśród założycieli ogólnopolskiego BBWR. Po wyborach "Galtex" wszedł w spółkę z łódzkimi działaczami PSL i SdRP, by wspólnie wydawać w Łodzi dziennik "Głos Poranny" (dawniej organ PZPR "Głos Robotniczy"). Czytelników było jednak mało i przedsięwzięcie zakończyło się plajtą.

"Głos" (zanim padł) i delikatesy wzięły udział w kampanii wyborczej syna właściciela "Galtexu" - Krzysztofa Błędniaka, który dostał się z listy SLD do łódzkiej Rady Miejskiej. Dziennik drukował życiorys, w sklepach rozdawano klientom darmo batoniki z podobizną kandydata.

Śladem wieprzowej kości

Do łódzkiej redakcji "Gazety" przyszła niemiecka dziennikarka. Przyjechała do Łodzi, bo zobaczyła w niemieckiej telewizji migawkę z demonstracji bezrobotnych. Na zdjęciach zaniedbana, zdesperowana kobieta wymachuje pod urzędem miasta - na czerwonej kostce na Piotrkowskiej - ogromną, wieprzową kością.

Migawka pochodziła z 1992 roku z protestu bezrobotnych, którzy nie dostali zasiłków, bo urząd pracy nie nadążał z wypłatami.

Dziennikarka poprosiła, by pomóc jej znaleźć bezrobotnych. Idziemy pod Wojewódzki Urząd Pracy. Siódma rano, pusto. Rzecznik urzędu Anna Wychota wyraźnie zakłopotana. - Dzisiaj piątek, wszyscy wzięli zasiłki w pierwszych dniach tygodnia.

Radzi, by pojechać do dwóch urzędów rejonowych. Rzeczywiście są tam bezrobotni.

Ale statystyka potwierdza to, co widać gołym okiem. W Łódzkiem prawie od roku liczba bezrobotnych powoli, ale systematycznie spada - w maju 1994 roku było ich 111 tys., w maju 1995 roku - 94,5 tys.

Zakłady włókiennicze chudną. Na początku roku 1993 przy produkcji tkanin pracowało w województwie 40 tys. osób, w 1995 - 36 tys. Ale rozrastają się odzieżowe. Od 1993 roku liczba pracowników wzrosła z 26,5 tys. do 28 tys. (prawdopodobnie jest ich znacznie więcej, bo WUS nie rejestruje setek szwalni poniżej pięciu osób).

Do wielkości

W wielu pisanych w ostatnich latach reportażach z Łodzi cytowano słowa byłego posła ZChN Stefana Niesiołowskiego: "Co dziś w Łodzi, jutro w Polsce". Powiedział tak w 1990 roku po wygranych przez prawicę wyborach do łódzkiego samorządu. W ekonomii - oby miał rację.

Z rozmowy plajtującego fabrykanta Kazimierza Trawińskiego z Dawidem Halpernem w "Ziemi obiecanej":

" - Na początek już są wielkie szwindle i wielka tandeta.

- To nie żaden feler, bo z tego urośnie wielka Łódź".

 

 

 

 

 

  NA CZARNO

W Łódzkiem pracuje "na czarno" ok. 30-35 tys. osób - szacuje Wojewódzki Urząd Pracy w Łodzi. Urząd statystyczny oblicza oficjalne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw na 195 tys.

W lipcu rozpoczęła działalność Inspekcja Legalności Zatrudnienia - w Łódzkiem wykryła w ciągu trzech tygodni ponad 40 osób zatrudnionych nielegalnie. Skontrolowała kilkanaście firm, głównie szwalni. Wśród nielegalnie zatrudnionych były Białorusinki.

 

  W SUPERLIDZE

Łódzkie zostało zaliczone do superligi, czyli grupy pięciu województw o najwyższym w kraju poziomie życia. Ranking sporządził w 1995 r. Zakład Badań Statystyczno-Ekonomicznych Głównego Urzędu Statystycznego i Polskiej Akademii Nauk, który porównał poziom życia we wszystkich województwach w latach 1986 i 1992, czyli przed i po "szoku Balcerowicza".

W rankingu według wartości dochodów gospodarstw domowych na jednego mieszkańca Łódzkie znalazło się na piątym miejscu. W rankingu według wartości dochodów osobistych na jednego mieszkańca awansowało z piątej pozycji w 1986 r. na czwartą w 1992 r. W obu klasyfikacjach dystans do otwierającego listę województwa warszawskiego zmniejszył się o połowę.

 

  WPISANI NA LISTĘ

- Łódź nie spełnia podstawowego warunku, by pozostać na liście regionów zagrożonych bezrobociem - przyznaje Anna Truszkowska, doradca ministra pracy. Na początku 1995 r., gdy sporządzano listę, bezrobocie w Łódzkiem wynosiło niecałe 18 proc., a warunkiem zakwalifikowania było 25 proc. - Rząd miał skreślić Łódź pod koniec stycznia. Ale pod dużym naciskiem społecznym wycofał się - mówi Truszkowska.

- Nie wątpię, że opieka ministra Millera, który jest posłem z Łodzi, też miała pewne znaczenie - twierdzi wprost Witold Skomorowski, rzecznik wojewody łódzkiego. - Mamy w stolicy parasol ochronny, ale wojewoda wydeptał też wiele ścieżek.

Z wpisaniem na listę łączą się przywileje. Przede wszystkim rząd może wydać rozporządzenie o przedłużeniu o sześć miesięcy wypłaty zasiłków dla bezrobotnych. Kolejne rządy wydawały takie rozporządzenia trzykrotnie. Poza tym przedsiębiorstwa, które inwestują i zwiększają zatrudnienie, mogą połowę wartości inwestycji odliczyć od podatku dochodowego. Według Ministerstwa Pracy w 1994 r. z przywilejów podatkowych skorzystało jednak niewiele łódzkich firm. Za to zasiłki pochłonęły w województwie ponad bilion starych złotych, a tzw. aktywne formy walki z bezrobociem - 416 mld.

 

  ATRAKCYJNI DLA INWESTORÓW

W ogłoszonym w marcu przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową rankingu województw, pod względem atrakcyjności dla inwestorów, Łódzkie znalazło się na szóstej pozycji, tuż za Poznańskiem, ale np. przed Wrocławskiem. W porównaniu z ub. rankingiem awansowało z grupy "średniaków" do najbardziej atrakcyjnych województw.

 

  SEKTOR PRYWATNY

- Wszyscy w łódzkiej SdRP jesteśmy związani z Leszkiem Millerem - mówi wojewoda łódzki Andrzej Pęczak. Ale daleko mu do opiekuńczych poglądów ministra pracy. O państwowym przemyśle mówi to, czego bałby się powiedzieć wojewoda z solidarnościowym rodowodem: - Ten zakład trzeba będzie postawić w upadłość, bo tam ludzie przychodzą odpocząć albo coś wynieść - powiedział publicznie o pewnej państwowej fabryce.

Pęczak uważa, że rozwój w regionie jest możliwy wyłącznie dzięki kapitałowi prywatnemu. Od 1990 r. w województwie sprywatyzowano 57 przedsiębiorstw. W sektorze prywatnym pracuje ponad 60 proc. zatrudnionych. Obecny wojewoda zapowiada, że w tym roku podwoi liczbę sprywatyzowanych przedsiębiorstw w porównaniu do roku ubiegłego.

 

  SEKTOR PAŃSTWOWY

 

W zakładach państwowych w Łodzi w 1994 r. zanotowano, według Urzędu Wojewódzkiego, ożywienie gospodarcze: wartość produkcji sprzedanej wzrosła o 9,6 proc.. Spośród 303 państwowych fabryk aż 180 miało dodatni wynik finansowy netto, gdy w 1993 r. - tylko 148. 

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna

Reportaże "Kto szyje - wyżyje" oraz "Targowisko namiętności" z 1993 roku - o odradzaniu się kapitalizmu na wielkich bazarach odzieżowych pod Łodzią zostały uhonorowane Nagrodą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, nazywaną wówczas "polskim Pulitzerem".


Targowisko namiętności

Gazeta Wyborcza, 27 kwietnia 1993, s. 10

 

Udziałowcy spółki "Afix" nie rozumieją, dlaczego burmistrz Tuszyna uwziął się na nich. Burmistrz zaś mówi, że po prostu chce ucywilizować dziki handel.

Trzy lata temu w lesie, obok sportowej strzelnicy, stanął samochód, z którego właściciel zaczął sprzedawać odzież. Wkrótce zatrzymało się drugie i trzecie auto. Teraz wzdłuż drogi Łódź-Piotrków codziennie handluje kilkanaście tysięcy ludzi. Dlaczego właśnie tam, na poboczu szosy koło Tuszyna? Tak jakoś wyszło. Może dlatego, że miejsce ruchliwe - niedaleko stąd droga Łódź-Piotrków przecina trasę szybkiego ruchu Warszawa-Katowice.

 

(...) więcej 

 

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Reportaże "Kto szyje - wyżyje" oraz "Targowisko namiętności" z 1993 roku - o odradzaniu się kapitalizmu na wielkich bazarach odzieżowych pod Łodzią zostały uhonorowane Nagrodą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, nazywaną wówczas "polskim Pulitzerem".



KTO SZYJE - WYŻYJE

Gazeta Wyborcza, 2 kwietnia 1993, s. 10

 

W województwie łódzkim, gdzie 100 tys. osób jest bez pracy, wszystkie zakłady odzieżowe poszukują szwaczek

 W łódzkim zakładzie "Próchnika" (firma ma trzy pozamiejscowe filie) pracuje na jedną zmianę blisko 400 osób. Dyrektor Mirosław Smolarow zapewnia, że mógłby natychmiast przyjąć drugie tyle, czyli wszystkie bezrobotne szwaczki zarejestrowane w Łodzi.

- Dlaczego akurat ze mną rozmawia pan o braku chętnych do pracy - dziwi się Smolarow. Według niego większość przedsiębiorstw odzieżowych w mieście chciałaby uruchomić drugą zmianę, ale nie może znaleźć szwaczek.

DO PRÓCHNIKA PO NAUKĘ

W Próchniku kobiety zarabiają przeciętnie 2,5 mln zł (po odliczeniu podatku), niektóre otrzymują jednak po 4,5 mln.

- Do pracy w Próchniku trudno jest namówić kogoś nowego - opowiada dyrektor Smolarow. - Po okresie próbnym zostają nieliczne kobiety. U nas nie obrębia się chusteczek czy prześcieradeł, trzeba się znać na szyciu. Byle szwaczka nie znajdzie tu miejsca - twierdzi.

Firma prowadzi trzyletnią szkołę przyzakładową. Absolwentki pracują prawie we wszystkich przedsiębiorstwach odzieżowych w mieście.

- Dziewczęta uczą się u nas, a potem uciekają tam, gdzie zarabia się więcej. I trudno się im dziwić - mówi Smolarow. - W Łodzi szwaczki mogą przebierać w ofertach różnych zakładów i rzemieślników, którzy nie odprowadzają podatków i mogą płacić więcej. A dla pracownika nie ma znaczenia, czy firma jest znana czy nie. Ważne ile płaci.

W tym roku Próchnik zamknie więc szkołę i poprzestanie na półtoramiesięcznych kursach dla bezrobotnych, finansowanych przez urząd pracy.

- Chociaż w ciągu ostatnich kilku miesięcy chyba mniej kobiet odeszło - zastanawia się dyrektor Smolarow. - Może dlatego, że podpisaliśmy porozumienie płacowe ze związkami, które przewiduje stopniowy wzrost wynagrodzeń. A może niektóre szwaczki zrozumiały, że pracując "na czarno" nie są ubezpieczone i nie odkładają sobie na emeryturę.

NA MAJORKĘ LUB KARAIBY

- W tym regionie nie można znaleźć kobiet do pracy - twierdzi Jerzy Latuszkiewicz, prezes zarządu Zakładów Odzieżowych "Pabia-Moden" w Pabianicach.

Rok temu zakłady kupił Niemiec Lothar Radomski. Przedsiębiorstwo zatrudniało wtedy niecałe 500 osób. Nowy właściciel utworzył dodatkowo 250 miejsc pracy. Zanim znalazł stałych pracowników, przez zakład przewinęło się pół tysiąca osób.

Pabia dowozi szwaczki własnymi autokarami z Łodzi, Bełchatowa i Poddębic. Aby związać pracowników z firmą, zarząd wymyślił loteryjkę przed Bożym Narodzeniem. Do wygrania była wycieczka na Majorkę lub Karaiby, telewizor, magnetowid oraz 50 mniejszych nagród.

Prezes Latuszkiewicz chce przyjąć natychmiast 100 szwaczek. Oferuje zarobki na akord - miesięcznie od 2 do 8 mln zł oraz dodatek 600 tys. zł za samo przychodzenie do pracy.

Na dłużej w Pabii zostaje jednak ok. 20 proc. zgłaszających się do pracy.

- Ludzie nie są przyzwyczajeni, że w pracy trzeba się zmęczyć. A już spocić się to rzecz haniebna - mówi Latuszkiewicz. Opowiada, że niektóre kobiety godziły się na podjęcie pracy pod warunkiem, że będą mogły szyć w domu.

- Gdy zakłady były prywatyzowane, obiecałem wojewodzie, że do marca przyszłego roku zatrudnię jeszcze 350 osób. Ale skąd je wziąć? - pyta prezes.

- Więcej płacić nie mogę, bo splajtowałbym w ciągu miesiąca - twierdzi. - Gdyby nasz kapitalizm naprawdę był tak drapieżny jak się mówi, to za bramą czekałaby kolejka chętnych do pracy - dodaje.

TYLKO DLA POLAKA

Zakłady Przemysłu Dziewiarskiego "Olimpia" są jedną z nielicznych, nieźle prosperujących, państwowych fabryk w Łodzi. Kolekcja dziewiarska Olimpii zdobyła czwarty raz z rzędu pierwsze miejsce na wiosennych targach w Poznaniu.

Od maja ubiegłego roku firma szukała 40 kobiet do pracy. Znalazła je dopiero po dziewięciu miesiącach. Dyrektor Andrzej Piotrowski ocenia, że gdyby mógł zatrudnić je wiosną, produkcja zakładu byłaby większa o 14 mld zł.

- To śmieszne, ale przez trzy miesiące nie mogliśmy nawet znaleźć 12 kobiet, żeby zorganizować kurs szycia - mówi dyrektor.

Latem Olimpia poprosiła Wojewódzkie Biuro Pracy o zgodę na zatrudnienie Litwinek. Biuro odmówiło, bo Łódź to miasto szczególnie zagrożone bezrobociem.

Dyrektor Piotrowski zapewnia, że było mu obojętne, kogo zatrudni: Polki czy Litwinki. - Wystąpiłem o zgodę na zatrudnienie cudzoziemek, bo nie chciałem czekać w nieskończoność i błagać każdą Polkę, by zechciała przyjść na piątą rano. Kilka kobiet zgodziło się na pracę, ale tylko od ósmej - oburza się.

- Nie wydajemy zezwoleń na zatrudnienie obcokrajowców, bo w Łodzi są bezrobotne szwaczki - mówi Iwona Olczak, kierownik oddziału zatrudnienia w Wojewódzkim Urzędzie Pracy. - Wszystkie miejsca pracy powinny czekać tylko na Polaków. Tymczasem do niektórych zakładów wysyłamy po kilkadziesiąt kobiet i żadna nie zostaje przyjęta - dodaje.

Gdy pytam, jaka jest tego przyczyna, nie potrafi wyjaśnić: - Nie podszywałam się pod szwaczkę i nie szukałam pracy - odpowiada.

Sądzi, że zakłady odsyłają szwaczki bezrobotne, bo brak im kwalifikacji. Z drugiej strony nie dziwi się, że kobiety nie godzą się na każde warunki.

DZIURY W DŻINSIE

Jan Nowak od października nie może znaleźć sześciu szwaczek, potrzebnych do uruchomienia zakładu krawieckiego.

- Sprzedałem gospodarstwo pod Łodzią, zainwestowałem pół miliarda w maszyny i co mam teraz zrobić - pyta. - Brat w Niemczech śmieje się ze mnie, że taki u nas kapitalizm. 

Właściciel płaci 12 tys. zł za uszycie spodni. Twierdzi, że dobra szwaczka może wykonać 15 par dziennie i zarobić w ciągu tygodnia prawie milion.

Rejonowy urząd pracy przysłał mu już 40 bezrobotnych. Nowak pokazuje kilkanaście dżinsowych spódnic i kurtek. Jedne są podziurawione, inne mają nieudolnie wszyte kieszenie. Próbowało je szyć kilka kobiet, które zgodziły się zostać na próbę u Nowaka. Po kilku dniach rezygnowały, bo nie radziły sobie w pracy.

Od kilku dni u Nowaka pracuje 40-letnia Halina. Mówi, że od sześciu lat nie szyła, bo prowadziła księgowość w firmie kuzyna. Wcześniej pracowała rok "na taśmie" w łódzkich zakładach Marko.

Przyucza ją żona Nowaka. Właściciel obawia się jednak, że z Haliny pożytek będzie niewielki, bo na razie szyje powoli i tylko łatwiejsze rzeczy.

Szwaczce zależy na pracy, choć zdaje sobie sprawę, że "nie bardzo jej idzie". Na zasiłek nie chce iść. - Żeby stać w kolejce przed urzędem pracy, trzeba mieć dużo czasu i zdrowe nerwy - twierdzi. Ostatnio, gdy tam była, bezrobotne pokłóciły się o miejsce w kolejce i zaczęły się bić.

JA TYLKO PO STEMPELEK

- Dawniej w państwowych zakładach każda szwaczka wykonywała jedną czynność: przyszywała rękawy, guziki albo kieszenie. Teraz musi umieć wszystko, bo często zmieniają się wzory produkowanej odzieży - mówi Józef Murawski, inspektor z rejonowego urzędu pracy.

We dwóch idziemy do zakładu Jana Nowaka, gdzie między dziewiątą a dwunastą miało się zgłosić sześć bezrobotnych z biura pracy.

O dziesiątej pojawia się pierwsza szwaczka - dwadzieścia kilka lat, długie, sztuczne paznokcie. Z miejsca zapowiada, że nie będzie wchodziła, bo przyszła na chwilę.

- Chciałam tylko dla urzędu pracy stempelek, że nie mogę być przyjęta - oświadcza. Na "bezrobociu" jest od początku marca. Jeśli nie dostanie potwierdzenia, że nie ma dla niej pracy, straci zasiłek.

Szwaczka zapewnia, że ma "dwie lewe ręce do dżinsu". - Jak kiedyś go szyłam, to płakałam - dodaje.

- Właściwie to mam pracę, tylko w zakładzie jest przestój - wyjaśnia nieoczekiwanie. Nie traci pewności siebie, gdy z sąsiedniego pomieszczenia wychodzi inspektor.

Dziewczyna mówi, że jeśli dziś straci zasiłek, bo odmówiła podjęcia pracy, jutro zarejestruje się ponownie jako bezrobotna i za trzy miesiące będą jej znów płacili.

Druga dziewczyna ma 19 lat. Jest szczupła i nieśmiała. Pracowała tylko dwa tygodnie po skończeniu szkoły krawieckiej na jesieni. Od czterech miesięcy jest na zasiłku.

Zgadza się na próbę przyszyć kieszeń i zszyć nogawkę spodni. - Nie widzę siebie w teksasie - mówi po 15 minutach. - Nie umiem wszywać kołnierzy, ekspresów i kieszeni. W zakładzie robiłam zakładki w śpiochach.

- Chyba zrezygnuję, może dostanę coś w pośredniaku - decyduje w końcu. Gdy inspektor próbuje ją przekonać, że się nauczy, zaczyna płakać.

Cztery inne bezrobotne, które tego dnia miały pytać o pracę, nie pojawiły się w ogóle.

- Przychodzą same łaziki i udają, że nie potrafią szyć - denerwuje się Nowak. - Zatrudnię Rosjanki i nic mi nie zrobicie - zapowiada inspektorowi.

Nowak oburza się, że w Łódzkiem jest to zabronione podczas gdy w Poznaniu, Białej Podlaskiej czy nawet niedalekich Brzezinach (woj. skierniewickie) Rosjanki pracują legalnie na półrocznych kontraktach.

PAŃSTWOWY LEPSZY, ALE MNIEJ PŁACI

Kobiety pod urzędem pracy mówią, że prywatni pracodawcy stawiają warunki nie do przyjęcia.

- Chcą szwaczki, które wszystko potrafią, są samotne i pracują po 12 godzin - oburzają się. Zapowiadają, że nie dadzą się wykorzystywać prywaciarzom. Wolą pracować w zakładach państwowych. Ale tam z kolei mniej płacą.

Tęga kobieta w szarym płaszczu tłumaczy, że nie pójdzie do zakładu za dwa miliony. Musi dorabiać w domu, bo wychowuje trójkę dzieci. Najstarszy syn ma 23 lata i też jest bez pracy.

Kobieta szyje chałupniczo dla przedsiębiorcy, który rozwozi odzież po kraju. Latem robiła czapeczki dla dzieci, a jesienią spódnice z dzianiny. Za uszycie czapeczki dostawała sześć, a spódnicy - 10 tys.

Dokładnie nie wiadomo, ilu jest w Łodzi i okolicach takich drobnych zleceniodawców. Urzędy skarbowe szacują, że kilkanaście tysięcy, bo tyle mają zgłoszeń działalności gospodarczej. Wielkości produkcji nikt nie kontroluje.

PODZIEMNA SZWALNIA

- Szwaczki w Łodzi nie powinny być rejestrowane jako bezrobotne - mówi inspektor Murawski. - W czerwcu ubiegłego roku szukało pracy 1300 kobiet, obecnie już niecałe 400.

- Ale szwaczki są wyjątkiem - zastrzega się. - Mamy np. zarejestrowanych półtora tysiąca sprzedawczyń, bo właściciele sklepów szukają tylko młodych, pięknych dziewczyn, najlepiej mówiących w kilku językach obcych.

Murawski zdaje sobie sprawę, że wiele szwaczek pracuje w domu "na czarno" i jednocześnie bierze zasiłki - obecnie ponad 1,2 mln zł.

Także dyrektor Smolarow z Próchnika podejrzewa, że jego pracownice dorabiają chałupniczo, bo codziennie kilkanaście kobiet jest na zwolnieniu lekarskim.

- Łódź jest jedną wielką "podziemną szwalnią" - uważa prezes Latuszkiewicz z Pabii. - Urząd pracy patrzy na ręce dużym zakładom, ale małe firmy mogą bezkarnie zatrudniać szwaczki "na dziko".

Zdaniem prezesa zasiłki zdemoralizowały ludzi. Uważają, że państwo ma obowiązek je płacić. Gdy kończy się okres ich pobierania, bezrobotni zaczynają się burzyć, a związki zawodowe grożą strajkiem.

 

- W grudniu na skutek protestów związków zawodowych w Łodzi przedłużono okres wypłacania zasiłków o kolejne kilka miesięcy - mówi Latuszkiewicz. - Bo według oficjalnych statystyk żyje tu 100 tys. bezrobotnych. Niedługo inne regiony też upomną się o to i 90 proc. kraju to będą obszary szczególnie zagrożone bezrobociem - przewiduje. - Czas leci, my nie możemy znaleźć chętnych do pracy, a nasze kontrakty przejmują Węgrzy i Czesi. Sytuacja jest patowa. Bezrobocie i jest, i go nie ma.