A JULIAN CZEKA…


Michał Matys

 

Zniknął 18 kwietnia 1991 roku. Zanim przyjechał dźwig popatrzył raz jeszcze na plac, który oglądał przez 27 lat. Punktualnie o jedenastej dźwig przeniósł go z cokołu na wielką platformę, na której odjechał

(reportaż ukazał się z niewielkimi zmianami w „Gazecie Łódzkiej”, lokalnym dodatku „Gazety Wyborczej”, 18 grudnia 1991; znalazł się również w książce „Niepowtarzalny urok likwidacji”, wydanej w 2018 roku) 

 

WIDEO:
Piotr Lipiński o Julianie Marchlewskim:

 

 


Podczas dyskusji nad tym, co zrobić z pomnikiem Juliana Marchlewskiego na Starym Rynku jeden z mieszkańców Łodzi zaproponował odpiłowanie rewolucjonisty od robotników towarzyszących mu na cokole. Czterometrowy monument przedstawia Marchlewskiego z wyciągniętą przed siebie prawą ręką w towarzystwie robotników: dwóch mężczyzn i kobiety z dzieckiem. Radni uznali jednak, że z postumentu trzeba usunąć wszystkich. Argumentowali, że nie może stać tam ktoś, kto zdradził kraj w czasie wojny polsko-bolszewickiej i że winni są także ci, którzy mu towarzyszą.

 

Marchlewski w Łodzi miał więcej szczęścia niż Dzierżyński w stolicy. Obyło się bez tłumów, fety i łupania pomnika. Znaleźli się nawet obrońcy, którzy przypomnieli zasługi tej postaci dla łódzkiego proletariatu. 
17 listopada 1989 roku państwowa telewizja pokazała rozbiórkę ogromnego pomnika Feliksa Dzierżyńskiego na placu Bankowym w Warszawie. Dzierżyński, polski komunista nazywany „krwawym Feliksem”, był szefem tajnej policji, która siała terror w bolszewickiej Rosji. Jego pomnik w centrum stolicy stał się symbolem zależności PRL od Moskwy. Rozbiórka zgromadziły tłumy. Gdy od pomnika odpadła głowa i uderzyła o bruk, ludzie zaczęli wiwatować i niszczyć, to co jeszcze pozostało. 
Po tym wydarzeniu z polskich miast zaczęły znikać kolejne pomniki. 

 

Ośmiotonowy, brązowy odlew Juliana Marchlewskiego przewieziono ze Starego Rynku w Łodzi na teren Pracowni Konserwacji Zabytków, przy ul. 8 Marca (przemianowanej właśnie na ul. Księdza biskupa Wincentego Tymienieckiego). Tam pieczołowicie zadbano, aby nie był wystawiony na deszcz i niepogodę. Przed zimą Marchlewski znalazł się w starannie zbitej i oklejonej papą skrzyni. Nie zmieściła się w niej tylko tablica z cokołu z podziękowaniami za czyny od łodzian. 
- Przechowywanie pomnika to dla nas tylko kłopot – mówi Juliusz Olszewski, prezes spółki z o.o. PKZ. – Rzecz jest szpetna politycznie, ale w końcu to dzieło sztuki. 
Jego zdaniem urząd miasta, którego własnością jest monument, mógłby dobrze zarobić wystawiając go na licytację. 
- Skoro robi się tak w innych krajach postkomunistycznych, dlaczego nie można u nas? – pyta.

Wojewódzki Konserwator Zabytków Wojciech Walczak poparłby pomysł, aby Marchlewskiego przetopić na Władysława Jagiełłę. Swego czasu zaproponowano ustawienie na jego miejscu pomnika króla, który przyznał Łodzi prawa miejskie. W ten sposób rewolucjonista przydałby się na coś. Tylko czy król zgodziłby się na to?
- Niszczenie pomników to absolutna głupota i paranoja – mówi Małgorzata Laurentowicz, kustosz z działu sztuki Muzeum Historii Miasta Łodzi.
Marchlewskiego nie chcą jednak tam przyjąć, bo jest za duży i nigdzie by się nie zmieścił. Zadowolili się gipsowym modelem pomnika.

 

Pomysł na wykorzystanie tego rodzaju dzieł ma kilku studentów czwartego roku architektury Politechniki Łódzkiej. W połowie października na IV Międzynarodowym Biennale Architektury w Krakowie wystąpili z projektem, aby likwidowane Zakłady Sodowe „Solvay” w tym mieście (symbol postępu lat 50-tych), przekształcić w muzeum skansen socrealistycznych rzeźb. Pomniki rozstawiono by wśród poprodukcyjnych hałd tej fabryki. Marchlewski byłby „darem Łodzi” dla oryginalnego rezerwatu. Podobno propozycja, mimo zachwytu cudzoziemskich jurorów, wzbudziła mieszane uczucia Polaków. Uhonorowano ją specjalnym wyróżnieniem. 
Wcześniej ci sami studenci proponowali utworzenie czegoś na kształt lapidarium przed gmachem ich wydziału. Pierwszym eksponatem miałby stać się pomnik Marchlewskiego. Przeszkodą okazała się, oprócz wysokich kosztów transportu, obawa decydentów przed posądzeniem o polityczne sympatie.

 

Właściciel monumentu Urząd Miasta Łodzi zapomniał o nim dawno. W Wydziale Kultury i Sztuki znajduje się dokumentacja pomnika, lecz jego losem nikt się tam nie interesuje.
- Ta wyciągnięta ręka nie była taka najgorsza. Są bardziej drastyczne przykłady współczesnej twórczości – ocenia poziom artystyczny dzieła Bogdan Wajberg, główny plastyk miasta.
- Czy nie szkoda pieniędzy na jego wożenie? Mnie tam on nie przeszkadzał – wyraża swój sąd portier pilnujący bazy PKZ, gdzie – wśród rupieci - czeka na ostateczny wyrok Julian Marchlewski. 


***
Kto wyrzeźbił Juliana
Pomnik Juliana Marchlewskiego stanął na Starym Rynku w Łodzi 30 kwietnia 1964 roku - w przeddzień hucznie obchodzonego w PRL Święta Pracy 1 Maja. 
Autorami dzieła była para rzeźbiarzy Elwira i Jerzy Mazurczykowie. W okresie międzywojennym realizowali oni m.in. projekty pomników i rzeźb Józefa Piłsudskiego, Madonny z Dzieciątkiem (trafiła do warszawskich Łazienek), hetmana Jana Karola Chodkiewicza (przekazany do Muzeum Narodowego w Warszawie).
Po wojnie ci sami artyści wykonali w Łodzi pięć monumentów. Oprócz Juliana Marchlewskiego były to: płaskorzeźby na Pomniku Wdzięczności Armii Czerwonej w parku im. Józefa Poniatowskiego, rekonstrukcja pomnika Tadeusza Kościuszki na placu Wolności oraz pomniki Stanisława Moniuszki i Juliana Tuwima.

***
Drugie życie postumentu
Postument po Julianie Marchlewskim na Starym Rynku w Łodzi miał w latach 90. swoje drugie życie. Zaczęła się na nim wielka kariera polityczna Leszka Millera. Po upadku PRL były pierwszy sekretarz partii komunistycznej w Skierniewicach przyjechał do Łodzi. Zaczął przemawiać do łódzkich włókniarek z postumentu po Julianie Marchlewskim. A włókniarki, które wtedy masowo traciły pracę, zaczęły głosować na Millera. W 2001 roku otrzymał rekordową liczbę głosów – ponad 145 tysięcy i został premierem. 

 

<CS_ADHUB>

POLITYKA PRYWATNOŚĆI

REPORTAŻE