BARDOTKA NA POLENMARKT
Michał Matys, Włodzimierz Nowak
Biustonosze to ostatnio najlepszy bazarowy interes. Pewien handlarz znad Odry żądał, by obszyć je sztucznym misiem i frędzelkami. A klienci na razie chcą tulipanów.
(reportaż ukazał się w „Magazynie Gazety Wyborczej, 6 grudnia 1996; znalazł się również w książce „Niepowtarzalny urok likwidacji”, wydanej w 2018 roku)
Tulipany to ostatni pomysł Agaty. Mogą być całkiem gładkie albo z lekko marszczonego materiału. Najważniejsze jest, by miseczki u góry kończyły się łagodnymi ząbkami. Jak kwiat tulipana.
- Niby normalny biustonosz, ale trochę seksowny. Ani za skromny, ani za skąpy. W sam raz dla Polki - mówi Agata. Może dlatego tulipany to najnowszy krzyk mody na bazarze w Tuszynie pod Łodzią. Idą jak woda.
W tulipanach cały Tuszyn
Agata chce zawsze wyprzedzać inne szwalnie. Jeśli pomysł na nowy biustonosz chwyta, już po tygodniu taki sam wzór szyją wszyscy, którzy sprzedają na rynku.- Najwięcej zarobi zawsze ten, kto był pierwszy - mówi Agata. Dlatego śledzi tendencje w modzie. Przegląda katalogi zachodnich domów towarowych i sama wymyśla wzory. Ale szyje przede wszystkim takie biustonosze, których żądają klienci. A klienci na razie chcą tulipanów.
Do Tuszyna przyjeżdżają klienci z całej Polski. Po biustonosze tulipany, bawełniane majtki, dżinsowe spódnice, koszule, spodnie i w ogóle wszystko, co da się uszyć. Dlaczego akurat do Tuszyna, a nie do odległej o 20 kilometrów Łodzi? Dokładnie nie wiadomo.
Sześć lat temu jakiś miejscowy krawiec wyjechał samochodem na szosę i stanął z towarem na poboczu. Obok niego ustawiło się drugie i trzecie auto. Potem dołączyli inni, i powstał bazar. Prosto na bazar wiedzie autostrada z Katowic. Miała prowadzić do Gdańska, ale dotąd powstał tylko fragment do Tuszyna. Sam bazar rozrósł się do kilkunastu kilometrów wzdłuż drogi, zajmuje 40 hektarów i dawno przekroczył granice Tuszyna. Co dzień sprzedaje na nim odzież osiem tysięcy osób, głównie producentów.
Najwcześniej, około północy, zaczyna się handel od strony Katowic - w Głuchowie. Tam stawiała pierwsze kroki Agata. Szybko przeniosła się jednak do samego Tuszyna - tu pierwsze transakcje robi się o czwartej rano. Najpóźniej, o dziewiątej, ruch zaczyna się w Rzgowie, najbliżej Łodzi.
Agata zaczęła jeździć na bazar trzy lata temu. Skończyła geografię. Przez rok była nauczycielką w Łodzi. Zwolniono ją, bo szkoła redukowała etaty. Pomyślała, że na biustonoszach da się zarobić. Na rynku nikt ich nie sprzedawał.
- Weszliśmy w lukę - zaciera ręce mąż Agaty. W pół roku biustonoszowy interes rozkręcił się. Mąż rzucił posadę urzędnika w łódzkim magistracie i zatrudnił się u Agaty.
Przebicie, że pierś rośnie
Kazimierz Ćwikła słyszał, że biustonosze to ostatnio najlepszy bazarowy interes. Ćwikła jest prezesem Centrum Targowego PTAK w Rzgowie (rynek najbliższy Łodzi, gdzie handel zaczyna się o dziewiątej).
- Staniki mają najlepsze przebicie - mówi Ćwikła. Pod Łodzią u właścicieli szwalni kosztują średnio 5 zł. Sklepikarze podnoszą cenę tych samych biustonoszy do 10-12 zł. Najlepiej opłaca się jednak sprzedać je na bazarach nad Odrą lub Nysą. Niemców kosztują tam ponad 10 marek, czyli prawie 20 zł.
Prezes Ćwikła, wcześniej maszynista na kolei, to bliski współpracownik Antoniego Ptaka, założyciela i głównego właściciela Centrum Targowego PTAK w Rzgowie.
Ptak był ogrodnikiem, ale na początku lat 90. przerzucił się na handel. Z demobilu z Rosji sprowadził w roku 1992 dwa blaszane hangary lotnicze i ustawił je koło drogi w Rzgowie. Stoiska w hangarach wynajął właścicielom szwalni z Łodzi. Teraz buduje nowe hale. Postawił już ich osiem - w sumie 30 tys. metrów kwadratowych pod dachem. Symbolem centrum jest stylizowany ptak w locie.
Ćwikła zarządza interesem na co dzień. Urzęduje w blaszanym baraku wędrującym po bazarze wraz z budową każdej kolejnej hali. Przyjmuje mnie w marynarce w drobną kratkę, kupionej na bazarze za 100 zł. Pokazuje na wieszak. Za płaszcz od Próchnika zapłacił 150 zł!
Ćwikła twierdzi, że bazary pod Łodzią przyciągają hurtowników, którzy zaopatrują sklepy w całym kraju, m.in. w biustonosze.
Małe czy duże miseczki
- Nasze tulipany trzymają poziom - Agata wyjaśnia, dlaczego przyjeżdżają po nie handlarze z bazarów nad Odrą i Nysą. Biustonosze kupują tam Niemki.
Rosjanki, w przeciwieństwie do Niemek, same jadą na zakupy w głąb Polski - na bazary pod Łodzią lub na Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Rosjanki wolą proste, niewyrafinowane biustonosze. Przede wszystkim liczy się niska cena. - Zdarzało się, że w Głuchowie (rynek, na którym handel zaczyna się o północy) wciskano im po ciemku staniki z firanki podszyte tasiemką. Brali, bo kosztowały 3 zł 80 gr - mówi mąż Agaty.
Inne są też rozmiary dla klientek z Zachodu, a inne dla tych ze Wschodu. Niemki potrzebują staników z małymi miseczkami, ale o dużym obwodzie klatki piersiowej, Rosjanki - dokładnie na odwrót: duże miseczki i stosunkowo niewielki obwód.
Czy komunistka nosi biustonosze?
Biustonosze tulipany Agata szyje razem z teściową. Obie założyły szwalnię w Głownie.
Głowno to polska stolica biustonoszy. Leży, podobnie jak Tuszyn, niedaleko Łodzi. W kilkunastotysięcznym miasteczku biustonosze produkuje 120 szwalni. Szyją je szwaczki, które kiedyś pracowały w spółdzielni gorseciarskiej imienia Włady Bytomskiej, przedwojennej komunistki z Łodzi.
Na początku lat 80. spółdzielnia zatrudniała tysiąc osób. Po roku 1990 pozostało 360. Spółdzielnia zrezygnowała też z patronki i nazwała się po prostu „Głowno”. - Bytomska nie była zgodna z wymogami naszych wyrobów - tłumaczy główna księgowa Elżbieta Bubel. Nikt nie ma pojęcia, dlaczego w roku 1949 spółdzielni nadano imię Włady Bytomskiej, która zmarła przed wojną. Elżbieta Bubel nawet nie wie, czy komunistka nosiła biustonosze.
Szwaczką w spółdzielni była teściowa Agaty. Szła właśnie na emeryturę, gdy Agata wzięła się za handel. Teściowa zaczęła więc sama szyć biustonosze. Potem obie zatrudniły dwadzieścia kobiet.
Elżbieta Bubel, główna księgowa ze spółdzielni Głowno (dawniej im. Włady Bytomskiej), narzeka, że zwolnione szwaczki są dla jej firmy konkurencją. - Ale one nie zrobią takich staników jak nasze. My szyjemy finezyjną klasykę dla niemieckiego Triumpha. Takie staniki, że oko leci - mówi Elżbieta Bubel.
Czerwone i czarne w „Złotej Alei”
Znajomy hurtownik ma stragan na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Rozkłada staniki na łóżku w „Złotej Alei” od ronda Waszyngtona. Białe, czarne i czerwone. Wszystkie z Głowna.
W „Złotej Alei” mają budy stadionowe rekiny. Tu zbiegają się alejki i przechodzi najwięcej klientów. Za odstąpienie straganu płaci się 500-700 mln starych złotych.
- Tu kupuje Moskwa i Leningrad. Szukają dobrze uszytych polskich staników z metką po angielsku. U siebie sprzedają je jako włoskie - mówi znajomy. Tutaj też zaopatrują się handlarze znad zachodniej granicy.
Najtańszy towar, w bazarowym slangu „badziewie”, można znaleźć na pobliskich błoniach. Kupuje tam Litwa i Białoruś - mniej zasobni klienci niż Rosja.
- Targują się o każdy grosz. To oni coraz częściej jadą do Tuszyna pod Łodzią, by kupić jak najtaniej. Warszawa to nadal pośrednik, a tam są producenci - tłumaczy mój znajomy.
Bazar na Stadionie Dziesięciolecia wymyślił Bogdan Tomaszewski (nie mylić ze znanym sprawozdawcą sportowym Bohdanem). W roku 1988 zgłosił się do Centralnego Ośrodka Sportu i powiedział, że chce wydzierżawić stadion. Firma Tomaszewskego Damis dostała go w dzierżawę do roku 2000.
- Śmiali się ze mnie: „Pałac Kultury i Nauki kupił” - wspomina Tomaszewski. Ale w roku 1991 nikt już się nie śmiał, bo otworzyła się wschodnia granica i na zakupy na stadion runęły tłumy turystów zza Buga. I tak do dziś - codziennie dziesiątki autokarów z byłego ZSRR.
- Miał nosa. Zrobił ze stadionu gigantyczną hurtownię - mówi o Tomaszewskim mój znajomy.
Kiedy ukrywają, a kiedy pokazują
Sezon na biustonosze zaczyna się wiosną, a kończy po wakacjach.
- Stanik na zimę może być byle jaki. Kobieta ukrywa go pod swetrem. Wiosną kupuje nowy. Taki, by mogła go pokazać pod prześwitującą bluzką - wyjaśnia Agata.
Na bazarze każdy towar ma swój sezon. Dla wszystkich martwy okres trwa od stycznia do marca. Duże obroty są latem.
- To był nieszczęśliwy rok dla stadionu. Najpierw zima do kwietnia, potem deszczowe lato. Ludzie zostali z nie sprzedanym towarem - narzeka Bogdan Tomaszewski. - Rosjan też mniej przyjechało, bo z powodu wyborów prezydenckich wiosną Rosja uszczelniła granice i zamknęła własne bazary.
Sezonowa jest też bazarowa moda. Np. parę lat temu hurtownicy-importerzy wprowadzili modę wśród kobiet na indyjską odzież.
Ale bazarowy import jest coraz mniejszy, bo skończyły się wycieczki handlowe do Turcji i Chin.
- Wyparli nas Rosjanie - tłumaczy mi znajomy hurtownik. - Z Polaków utrzymali się tylko ci, którzy mają po 200-300 tys. dolarów i z walizek przerzucili się na kontenery.
Zresztą na bazarach utarło się: „polskie znaczy lepsze”. Importuje się za to tkaniny i dodatki krawieckie na odzież. Są tańsze niż z krajowych fabryk włókienniczych - na ogół ciągle państwowych. Agata pokazuje na biustonosze: - Koronka z Włoch, czeskie tasiemki i guma, zapinki, nie pamiętam, z Turcji czy Tajlandii...
Koronkowa zemsta
Stanisław Osowski, dyrektor wydziału handlu i usług gminy Warszawa Centrum, nie handlował biustonoszami. Zanim został dyrektorem, sprzedawał buty na Stadionie Dziesięciolecia. Dziś chce zlikwidować bazar na stadionie.
- Mści się na nas, bo nie udało mu się dorobić - mówią handlarze.
- Stałem na koronie. Nie dorobiłem się, bo chciałem być uczciwy. Nie sprzedawałem jak inni taniej tandety z importu - odpowiada Osowski.
Dyrektor uważa, że bazar trzeba usunąć z Warszawy albo przynajmniej przenieść poza centrum miasta. Proponował Modlin, ale nie zgodził się wojewoda. Ostatnio Osowski znalazł puste 70 hektarów za Dworcem Wschodnim na Pradze-Południe - okolica nazywa się Kozia Górka.
- Małe jest wielkie - mówi z dumą Bogdan Tomaszewski o ośmiu tysiącach straganów na Stadionie Dziesięciolecia i w najbliższej jego okolicy. Snuje wizje przebudowy stadionu w roku 2001. Chciałby go pokryć dachem i przerobić na gigantyczną halę targową.
- To wielka szansa dla Warszawy. Stadion połączy Wschód z Zachodem. Każda stolica w Europie chciałaby mieć coś takiego - mówi Tomaszewski. Na razie bazarowi nadał nazwę Jarmark „Europa”. - Nie mamy się czego wstydzić. Na jednodniowe zakupy cudzoziemcy przyjeżdżają nie tylko do Warszawy, ale także do Paryża i Rzymu.
Tomaszewski zaczynał od sklepu elektronicznego w Warszawie. Dziś jego firma Damis to holding, który administruje bazarem na stadionie, produkuje radioodtwarzacze samochodowe i składa ukraińskie tavrie w Łodzi.
- Pomysł pana Tomaszewskiego, by stadion pokryć kopułą albo czymś w tym rodzaju, jest ciekawy - zastanawia się Osowski.
Zajrzą nawet pod bieliznę
- Po co ja z tobą rozmawiam. W gazetach za dużo pisze się o nas - utyskuje znajomy hurtownik ze stadionu. - Po każdym artykule przyjeżdżają na bazar dwa, trzy autokary kontrolerów z urzędu skarbowego. Chcą tępić szarą strefę. Oglądają nawet metki biustonosze.
Hurtownik opowiada o dantejskich scenach. Handlarze, którzy prowadzą nigdzie nie rejestrowane firmy – „krzaki” - porzucają towary i uciekają przez wszystkie bramy.
- Taka szara strefa jest wręcz konieczna, by sprawnie działał nasz system rynkowy - mówi dr Jan Macieja z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, który od samego początku śledzi rozwój bazaru na Stadionie Dziesięciolecia.
- Stadion to wylęgarnia przedsiębiorców. Prawdziwy inkubator, walka jest tam ostra. Wychodzą z niej zwycięsko orły i sokoły, które żywią się padliną. To nie są utuczone dotacjami indyki. Ci właśnie przedsiębiorcy przyczyniają się do sukcesu polskiej gospodarki - mówi dr Macieja.
- Oni pracują ciężej niż górnicy. Wstają o trzeciej rano i jadą na bazar, po południu szukają towaru po całej Polsce albo sami go szyją. Czy w kopalni ktoś pracuje po 18 godzin? - wtóruje Tomaszewski.
Dlaczego bazary w Polsce rozwinęły się na tak gigantyczną skalę? Dr Macieja uważa, że powodem jest to, co dotąd nam doskwierało, a po roku 1989 obróciło się na naszą korzyść: położenie geograficzne między Rosją a Niemcami oraz ciągły brak towarów w sklepach w latach 80.
- Wtedy ludzie nauczyli się przedsiębiorczości. Aby zdobyć towar, jeździli najpierw do NRD, potem do Turcji i Włoch. Te handlowe umiejętności teraz się przydają - mówi Macieja.
Majteczki w kropeczki...
Środa, kwadrans przed osiemnastą, Łęknica nad Nysą (woj. zielonogórskie). Na „Manhattanie”, największym bazarze Polski zachodniej, większość bud jest zamknięta. Ruch tylko przy „Marszałkowskiej”, głównej ulicy bazaru.
Na przystanku PKS pani Teresa od bluzek i biustonoszy. Obok dwaj szwagrowie ze składanym wózkiem do wożenia walizek - Witek z Rzeszowskiego (60 mln starych złotych w skórzanym woreczku na szyi) i Edek z Tarnobrzega (40 mln na dżins). Autobus do stolicy się spóźnia. Specjalny pekaes co środa jedzie na Stadion Dziesięciolecia. W każdy wtorek taki sam kurs do Tuszyna. I tak od półtora roku.
Pani Teresa jeździ do Warszawy, bo tam oprócz biustonoszy kupuje indyjskie bluzki. Z Łęknicy na stadion jest 568 km. Niebieski autosan PKS mieści 40 osób, ale na tej linii każdy pasażer ma dwa miejsca - dla siebie i na torby z towarem, wszystko w cenie biletu - 40 zł w jedną stronę.
Wsiadają: pani Teresa, szwagrowie Witek i Edek, dwie handlarki z Żagania, pielęgniarka z Żar, która ma „budę na Łęknicy”, fryzjerka z „Manhattanu”, sprzedawca sztucznych kwiatów, Józek, Jurek i Kaziu z półlitrem oraz jeden Bułgar.
Za kierownicą Mirosław Pazera, obok zmiennik z żoną i kierownik z miejscowego PKS z córką. Atmosfera rodzinna. Józek z Jurkiem: - Panie kierowco, na stadion! Gaz do dechy!
Z autobusowego radia swojskie disco polo: „Majteczki w kropeczki, o ho ho ho, staniczek, guziczek, o ho, ho, ho”. (Potem jeszcze ze dwadzieścia razy).
Rękę za stanik
Podróż trwa dziewięć godzin. Na moście Poniatowskiego jesteśmy piętnaście po czwartej. Korona stadionu ginie w mroku, ale pierwsi handlarze już rozbijają stragany. Autosan parkuje przy Zielenieckiej - krok do „Złotej Alei”. Nie trzeba daleko dźwigać towaru.
Kwadrans na papierosa i siusiu w parku Skaryszewskim po drugiej stronie ulicy. Pierwsi znikają szwagrowie Witek i Edek z wózkiem. Pani Teresa czeka, aż się rozwidni, po ciemku niebezpiecznie. Zdarzają się napady. Można stracić cały majątek.
- Podchodzi taki i wsadza rękę za stanik. Wiadomo, tam trzyma się pieniądze. Żaden handlarz nie obroni, bo każdy boi się o stragan - opowiada Teresa.
Kilka minut po piątej szwagrowie wracają z dwiema torbami dżinsowych spodni, ładują do bagażnika i pędzą po następne. Za szwagrami handlarki z Żagania ciągną worki z chińskimi koszulkami. Kupiły od Koreańczyków.
O siódmej wszystkie bagażniki są pełne. Zaczyna się upychanie między siedzeniami. Torby i kartony piętrzą się po sufit. Potem przy hamowaniu polecą halki i staniki.
O dziesiątej koniec zakupów, odjazd o jedenastej. Tylko sprzedawca sztucznych kwiatów wraca z pustymi rękami.
- Gdzie oni to dostali - mówi poirytowany.
W zeszłym roku na Wszystkich Świętych konkurencja zarzuciła Łęknicę sztucznymi chryzantemami, wiązanka po 9,5 zł. A on w hurcie kupił je po 9 zł.
- Niżej niż 11 zł nie mogłem zejść. Sprzedałem dopiero, gdy konkurencji zabrakło. Jak w tym roku nie znajdę tanich, to mnie wykończą! - lamentuje.
Do rozbierania, a nie noszenia
Niebieski autosan Pazery wrócił z Warszawy w czwartek przed godziną 23. W piątek rano na straganie u szwagrów, sto metrów od granicznej Nysy, „bludżinsy” kupione na stadionie za 24 zł kosztowały 25 marek (50 zł). Pani Teresa wyceniła biustonosze tulipany zdobyte w Warszawie za 6 zł na 10 marek (ponad 18 zł).
Łęknica ma 2,5 tys. mieszkańców i 5 tys. straganów na „Manhattanie”. Handluje tam cała Polska - górale, poznaniacy, łodzianie, warszawiacy.
Pani Teresa pracowała niedaleko - w Głogowie. Niska, postawna, na blond tlenione włosy. Była socjalną w państwowym zakładzie. Przekroczyła czterdziestkę, gdy cztery lata temu trzeba było odejść.
- Na bazarze zaczęłam życie od nowa - mówi.
Biustonoszy tulipanów, które sprzedaje Niemkom, na co dzień nie nosi. Czasem tylko je zakłada. Czerwieni się lekko: - One nie są do chodzenia, ale do rozbierania.
Szwagrowie Witek z Rzeszowskiego i Edek z Tarnobrzega zaczynali od wikliny. Wozili ją spod Rzeszowa.
- U nas wiklina tania. Po zjednoczeniu Niemiec ludzie ładowali ją na stara i sprzedawali w Łęknicy w jeden dzień - opowiadają.
Teraz wiklina idzie słabiej, więc szwagrowie przerzucili się na dżins.
Pani Teresa stoi koło granicznego mostu. Ziemia w Łęknicy jest tam najdroższa. Za odstąpienie straganu kupcy żądają nawet 80 tys. marek (prawie 1,5 mld starych złotych)!
Nikt już nie pamięta, że cztery lata temu granica bazaru kończyła się 50 metrów przed mostem. Ludzie tu walczyli o każdy skrawek, by być bliżej barierki. W nocy stawiali budy, w dzień im rozbierali.
Jeden handlarz chciał się spalić. Spawał całą noc budę przy moście. Rano przyjechała policja i kazała mu się wynosić. Ten chwycił za kanister i oblał się benzyną. Policjant wytrącił mu z ręki zapalniczkę. Budę usunęli, ale miejsce zostało zdobyte przez następnych.
Kino wśród biustonoszy
W Łęknicy były modne w tym roku biustonosze typu „łączka” - białe w kolorowe kwiatki. Teresa dobrze na nich zarobiła.
- Bazar też powstał na łące - żartuje Teresa. - To było bagno, teren zalewowy Nysy.
Łąkę nad Nysą uporządkował Zdzisław Chomont. Od pięciu lat ajent targowiska. Szpakowate, falowane włosy. Na karku sześćdziesiątka i złoty łańcuch. Dwie złote bransolety i dwa złote sygnety.
Chomont ma uśmiech gwiazdora filmowego z lat 50. Zostało mu to po kinie Luna w Żarach, w którym pracował 20 lat, od dziecka. Kino poszło do remontu, a Chomont wziął się za handel.
- Żona mi suszyła głowę, że topię pieniądze w błocie. W nocy ciągnik chodził na wolnych obrotach i oświetlał teren, a wywrotki woziły na okrągło gruz i żużel - opowiada.
Jedni Chomonta nienawidzą, drudzy go uwielbiają. Kiedy brał bazar, kupcy nie chcieli płacić za dzierżawę straganów. Inkasent chodził w asyście policjanta. A Chomont sobie poradził: kogo trzeba postraszył, innemu obiecał.
Pytany o historię łęknickiego „Manhattanu” Chomont pokazuje serdeczny palec urwany do połowy: - Rusek mi go odstrzelił. Kiedyś idzie Polak, cała gęba we krwi. Mówi, że to Rosjanie. Więc my do tych Rusków. Ale jeden wyciąga pistolet. Ja go cap za spluwę, a zębami za nos. Strzelił mi w palec, a ja mu kawał nosa odgryzłem. Jak wychodziłem ze szpitala, szef mafii stał na schodach. Przyszedł się dogadać.
Chomont włada nawet bazarowymi szaletami, które dzierżawi od miasta. Jesienią jego władzę uszczupliła jakaś łękniczanka, która wygrała przetarg na dzierżawę nowego szaletu. Przelicytowała rodzinę Chomonta, dając 4 tys. zł miesięcznie.
Apetyt na misia i frędzelki
Mój znajomy ze Stadionu Dziesięciolecia uważa, że Niemcy w porównaniu z Rosjanami to dziwni klienci. Kiedyś przyjechał do niego handlarz z Łęknicy nad Nysą, który szukał biustonoszy typu „bardotka”. To taki stanik, jaki nosiła Brigitte Bardot. Z usztywnieniem podtrzymującym piersi.
Usztywnienie nazywa się fiszbiny - od płytek z podniebienia wieloryba do odcedzania pożywienia. Od XVI wieku usztywniano nimi kobiece czepce, a potem gorsety. Dziś po wielorybie została tylko nazwa: fiszbiny. Handlarz żądał, by taki stanik z usztywnieniem koniecznie był obszyty sztucznym misiem i frędzelkami. Twierdził, że takie lubią Niemki.
- Panie, czego oni nie kupią! - wzruszają ramionami handlarze z Łęknicy.
Codziennie przyjeżdża tam 40 tys. Niemców. Kupują: krasnale, ciuchy, jedzenie, lampy, kolorowe kieliszki i wypchanego jastrzębia - za 150 marek razem z czarnym workiem, „żeby celnikowi ptak nie rzucał się w oczy”. Drewniane półeczki do ustawienia kolorowych kielisz-ków i benzynę (60 tys. litrów na dobę). Stary kołowrotek za 80 marek i żelazko na węgiel za 35 marek. Ryj dzika dużego - 250 marek, małego - 100. Sarnę z szyją - 65 marek, bez szyi - 35. Landszafty, kasety, kompakty i papierosy - dziennie dwa tiry.
Kiedyś na Łęknicy świat się kończył. W latach 50. miasto nazywało się Łuknica, a na wykazach PKP jeszcze za Gierka - Mużaków Wschodni. Potem do enerdowskiego Bad Muskau - rzut kamieniem przez Nysę - łękniczanie chodzili po kawę. Teraz „Polenmarkt” w Łęknicy znany jest w całych Niemczech. Biura podróży proponują jednodniowe wyprawy autokarowe: „Z nami obkupisz się na polskim targu za półdarmo”.
Stanik nie dla Bułgara
Biustonoszami na ogół nie handlują Bułgarzy. Niemcy zza Nysy żartują, że w Łęknicy jak w Złotych Piaskach - tylu Bułgarów dookoła. Urzędnicy z magistratu szacują, że jest ich 250-300. Ludzie na rynku mówią, że trzy razy więcej.
- Psują interes - skarżą się nasi handlarze. - 30 metrów biegną za Niemcem, żeby wcisnąć towar. Mają swoje sztuczki. Pokazują kurtkę i wołają: 10 marek. Niemiec ucieszony bierze kutkę i wyjmuje 10 marek. Wtedy Bułgar w krzyk, że Niemiec chce go oszukać, bo przecież kurtka kosztuje 110 marek. Zmieszany Niemiec płaci i ucieka.
Naprzeciwko zakładu fryzjerskiego Wiesławy Klimas (strzyżenie męskie 6 marek, za Nysą - 38; trwała 25 marek, za Nysą - 120) ma budę Bułgar. Pojawia się pod wieczór z czarną teczką. Wynajął budę od Polaka za 500 marek miesięcznie i odnajmuje ją trzem rodakom po 30 marek dziennie. Klimasowa obliczyła, że miesięcznie tylko na tym straganie zarabia 400 marek.
Młody Bułgar Ibram, zanim przyjechał do Polski, pracował w stoczni i śpiewał na weselach. Kiedy przed czterema laty pierwszy raz znalazł się w Łęknicy, nie znał ani słowa po polsku i niemiecku. Teraz nieźle mówi w obu językach.
Ibram, jak większość Bułgarów w Łęknicy, wynajmuje kwaterę. Płacą z żoną 6 marek za dobę. Po towar jadą do Łodzi albo do Warszawy na Stadion Dziesięciolecia. Po trzech miesiącach powinni wyjechać, bo kończą im się wizy, wtedy jeden z grupy bierze wszystkie paszporty, jedzie na czeską granicę i wraca z pieczątkami wyjazdu i wjazdu.
Żeby zalegalizować handel, Bułgarzy zakładają spółki z Polakami - 60 Bułgarów, jeden Polak. Od 1992 roku tylko w Zielonogórskiem powstało 80 bułgarskich spółek. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy do rejestru sądowego wpisano 20 nowych, m.in. Koko Dżambo sp. z o.o., Ogniana Valtcheva Ivanova, Bałykow sp. z o.o. Działalność zwykle taka sama: handel, gastronomia, turystyka, transport, a nawet hotelarstwo.
Ucieczka do sex-shopu?
Agata zastanawia się, jaki wymyślić kolejny biustonosz.
- Są tacy, którzy nie wysilają się. Trzaskają zwykłe klasyczne staniki. W Niemczech zawsze jest na nie popyt - mówi. Taki klasyczny biustonosz, w żargonie gorseciarskim typ „wiedeński”, wymyślono jeszcze w XIX wieku.
- Ale na rynku robi się ciasno. Zaczyna się ostra walka o klienta. Będzie coraz ciężej. Wytrzymają tylko najsilniejsi, którzy ciągle idą do przodu - przewiduje Agata.
Może spróbuje wejść do sex-shopów z próbną partią kompletów - prześwitujący stanik z samej koronki i majtki ze sznurkiem między pośladkami. Zastanawia się też nad satynowym body, czyli stanik i majtki w jednym kawałku.
Pani Teresa z Łęknicy też narzeka. Ruch coraz mniejszy, a zysk gorszy. Na początku Niemki brały wszystko. Przebitka sięgała 100 i 200 procent. Teraz za tę samą ilość marek kupią o połowę mniej biustonoszy niż trzy lata temu.
Wietnamczyk nie maca
Agata sprzedaje bistonosze wyłącznie hurtownikom. „Nie macać” - głosi kartka adresowana do detalistów na jej straganie w Tuszynie.
Niedawno przy straganie pojawił się Wietnamczyk. Złożył zamówienie na tysiąc biustonoszy tulipanów dla Niemek. Nie macał, bo znał się na stanikach.
Wietnamczyk kiedyś studiował w NRD. Do Wietnamu nie wrócił. Akurat było zjednoczenie Niemiec. Osiedlił się więc w Lipsku i założył firmę handlową. Najpierw kupował odzież od Polaków na przygranicznych bazarach, np. w Łęknicy. Pomyślał jednak, że zarobi więcej, jak pojedzie po towar w głąb Polski.
Gdy Wietnamczyk wrócił do Lipska z tysiącem biustonoszy, pomyślała też Agata. Może pominąć pośredników i nawiązać kontakt z kimś w Niemczech?
Najpierw zapisała się na kurs niemieckiego. Ale usłyszała o szkole marketingu w Łodzi. Zapłaciła więc za pierwszy semestr nauki.
- Przyda się - mówi. - Trzeba dowiedzieć się, jak wejść na zagraniczny rynek. A jak się nie uda, będę miała wykształcenie i dam sobie radę gdzie indziej.
* Imiona i szczegóły dotyczące niektórych przedsiębiorców z bazarów zostały zmienione.
**
Po upadku komunizmu Polska stała się prawdziwą „Rzeczpospolitą bazarową”.
Nierejestrowany bazarowy eksport w 1995 r. wyniósł 5,5 mld dolarów – szacował Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową w Gdańsku.
Bazary prawie zrównoważyły deficyt w oficjalnie odnotowanym handlu zagranicznym Polski, który wyniósł 6,2 mld dolarów. Instytut przewidywał, że w 1996 r. bazarowy eksport osiągnie 6 mld dolarów.
- Nasze bazary to fenomen w Europie. Wyprzedziliśmy nawet Turcję – komentował dr Janusz Lewandowski, wiceprezes Instytutu.
Stadion Dziesięciolecia w Warszawie [w jego miejscu powstał Stadion Narodowy – red.] w 1995 roku miał obroty ok. 1,2 mld zł. Na potrzeby bazaru pracowało ok. 60 tys. osób. Eksport szacowano na 800 mln zł. Dało mu to piątą pozycję w rankingu polskich eksporterów sprządzonym przez „Gazetę Bankową”.
Bazary w Tuszynie pod Łodzią w 1995 roku miały obroty ok. 1,9 mld zł. Szacował tak Zakład Przedsiębiorczości i Polityki Przemysłowej Uniwersytetu Łódzkiego. Wzięto pod uwagę ponad 4,5 tys. straganów na dwóch największych bazarach (poza nimi znajdowało się 3,5 tys. w Rzgowie). Na potrzeby tuszyńskich bazarów pracowało ok. 100 tys. osób, w tym 60 tys. w samej Łodzi. Ponad 60 proc. osób z bazaru to ci, którzy porzucili pracę w państwowych firmach lub byli bezrobotni.
<CS_ADHUB>
POLITYKA PRYWATNOŚĆI
REPORTAŻE