DEPRESJA KROKODYLA
Michał Matys
Opowieść o dyrektorce zoo, która zadała się z nieodpowiednimi zwierzętami i wpadła w kłopoty.
Bohaterowie: bezdomny kot, słoń gej, miś z cyrku, nieprawdziwe tygrysy, Don Vittorio i żyrafa oraz cztery szopy.
(reportaż ukazał się z niewielkimi zmianami w „Gazecie Wyborczej”, w magazynie „Wolna Sobota”, 30 marca 2024; powstał na podstawie serialu „Zwierzaki” emitowanego w TV Polsat).
Ewa Zgrabczyńska – pierwszy transport uratowanych tygrysów z Ukrainy:
Gospodarstwo Ewy Zgrabczyńskiej:
- Musisz uciekać. Twoje życie jest najważniejsze. Ratuj je! Nie możesz zginąć … – głos Ewy Zgrabczyńskiej załamuje się. Rozmawia z Natalią Popową, Ukrainką, która próbuje wywieźć zwierzęta, w tym lwy i tygrysy z azylu pod Kijowem.
28 lutego 2022 r., noc. Czwarty dzień inwazji Rosji na Ukrainę. Przejście graniczne z Ukrainą w Korczowej.
Zgrabczyńska, dyrektorka poznańskiego zoo, czeka ze współpracownikami na zwierzęta z Ukrainy. Nagle dzwoni Popowa. Wojska rosyjskie podeszły pod Kijów, pod sam azyl. Udało jej się zapakować zwierzęta, ale ciężarówka z nimi zatrzymała się 80 metrów od linii czołgów rosyjskich. Popowa nie wie, co robić, wie tylko, że nie opuści swoich zwierząt.
- Kierowca uciekł… A ona nie chce wyjść z tego samochodu… - przekazuje Zgrabczyńska współpracownikom. Poruszona nie może dokończyć zdania, bo Popowa zadzwoniła, aby się pożegnać.
Ogród Zoologiczny w Poznaniu był jedynym polskim ogrodem, który zaangażował się w ewakuację zwierząt z Ukrainy. Wtedy poznałem Ewę Zgrabczyńską. Towarzyszyłem jej z ekipą filmową realizując serial o ludziach, poświęcających się dla zwierząt.
***
4 marca 2024 r., godz. 14.00. Wieś 30 km od Poznania. Gospodarstwo, w którym Ewa Zgrabczyńska urządziła własny azyl dla zwierząt.
Akurat sprząta łopatą kupy z zagród szopów, gdy podjeżdża kilka nieoznakowanych policyjnych aut. Nieumundurowani funkcjonariusze wchodzą na teren gospodarstwa. Nie pozwalają Zgrabczyńskiej zmienić brudnego roboczego ubrania, zabrać okularów, ani nawet zamknąć szczeniaków wypuszczonych na podwórko. Wykręcają jej ręce do tyłu i zakładają kajdanki.
***
Przez osiem lat dziennikarze przedstawiali Ewę Zgrabczyńską jako nieskalaną bohaterkę, ratującą krzywdzone zwierzęta. Teraz ci sami dziennikarze prześcigają się w doniesieniach, co złego zrobiła oraz że sama krzywdziła ludzi i zwierzęta. To budzi mój niesmak. Dlatego na przekór temu co donoszą media postanowiłem napisać ten tekst – opisać to, czego byłem świadkiem oraz przeprowadzić własne śledztwo, kim jest Ewa Zgrabczyńska, jakie błędy popełniła i skąd wzięły się oskarżenia. Sąd rozstrzygnie, czy jest winna.
Czołgi na lwy i tygrysy
3 marca 2022 r., przejście graniczne w Korczowej. Zgrabczyńska wciąż czeka. Dostała wiadomość: - „Stał się cud! Rosyjskie czołgi przejechały obok ciężarówki ze zwierzętami!”. Natalia żyje, wróciła do azylu pod Kijowem. Ale znalazła nowego kierowcę. Ciężarówka z lwami i tygrysami jedzie na granicę.
Po trzech dniach dociera na przejście. Jest noc, minus 7 stopni Celsjusza. Pracownicy zoo przeładowują zwierzęta do busów, którymi pojadą do Poznania. Uwijają się jak w ukropie. Sprawiają wrażenie zgranej ekipy. Między nimi Zgrabczyńska – w roboczej kurtce, czapce naciągniętej na uszy, z plastikowej butelki ostrożnie poi tygrysa - wystarczy chwila nieuwagi, aby stracić rękę. Wszystkie zwierzęta dostają po kawałku mięsa. – Po 100 gram – instruuje Zgrabczyńska.
Lwy i tygrysy zamknięte w klatkach miotają się i ryczą. Karakal – stepowy, dziki kot syczy. W klatce obok widać przerażone oczy małpki kapucynki, a w pojemniku w kąciku - domową kotkę Natalii „Patrysię”.
W końcu trafiają do busów. Konwój ma do Poznania 700 km. Im szybciej dotrze, tym większa szansa, że wszystkie zwierzęta przeżyją.
Przeżyły wszystkie.
Natalię Popową spotkam w sierpniu 2022 roku. Przyjedzie do Poznania prowadząc ciężarówkę z lwami i tygrysami, wyciągniętymi spod ostrzału w Charkowie i Doniecku. Krępa krótko obcięta kobieta przedstawi się: - Mówią o mnie „Wariatka co lwy ratuje”. Robię to, bo człowiek może o siebie zadbać, a one nie. Mam lepszy kontakt ze zwierzętami niż z ludźmi. Lepiej je rozumiem.
Zgrabczyńska o Popowej: - To jest osoba bardzo mi bliska, wręcz pokrewna dusza.
Poznańskie zoo stanie się punktem przerzutowym – w kolejnych transportach przewinie się przez nie ponad 200 zwierząt z Ukrainy. Większość wyjedzie do azylów na całym świecie: w Belgii, Holandii, Hiszpanii, USA, a nawet RPA.
Popowa o Zgrabczyńskiej: - Ewa to wszystko organizuje. To anioł dla zwierząt!
Mer Kijowa, niegdyś popularny pięściarz Vitalij Klitschko wyśle pismo z podziękowaniami do prezydenta Poznania.
Kot u prezydenta
6 października 2011 r., gabinet prezydenta Poznania. Drzwi z impetem otwiera 40-letnia brunetka. W ręku trzyma pojemnik z kotem. Toruje drogę 86-letniej, siwej pani z laską. Sekretarka próbuje je powstrzymać. Ale obie siadają w fotelach.
Brunetka to Ewa Zgrabczyńska, doktorka zoologii z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pani z laską to Alina Kasprowicz, założycielka fundacji „Zwierzęta i my”. Żądają rozmowy z prezydentem Ryszardem Grobelnym.
- Podejmiemy okupację aż się pojawi i nas wysłucha – zapowiada Zgrabczyńska.
Kot jest po wypadku i ma uczestniczyć w rozmowie. Miejskie schronisko go nie przyjęło, bo nie miało miejsca ani pieniędzy. Jest dowodem, że zwierzęta błąkają się po Poznaniu, rozmnażają i giną. Kobiety zabiegają o powstanie kociarni, w której będzie można je sterylizować i leczyć.
- Będę walczyć, nawet gdybym miała stracić życie! – oświadcza 86-letnia Alina Kasprowicz, która za własne pieniądze sterylizuje bezdomne zwierzęta.
Okupacja trwa kilka godzin. Ktoś chce wezwać policję. Ktoś inny mówi, że to byłaby katastrofa dla wizerunku urzędu. Prezydent się nie pojawi. Ale każe kupić kontenery dla kotów i dostarczyć je do schroniska. Wprowadzi też „bony” na ich sterylizację.
To pierwszy z konfliktów Zgrabczyńskiej.
- Społecznik czy aktywistka walcząca o sprawę nie przebiera w słowach. A urzędujący politycy są na to często wyczuleni i odbierają to bardzo osobiście – uważa Katarzyna Kretkowska, radna, a później posłanka Lewicy z Poznania.
Twierdzi, że zachęciła Zgrabczyńską, by startowała w konkursie na dyrektora zoo. W czasie konkursu Zgrabczyńską krytykowano… za koty. W kamienicy na parterze mieszkało z nią ich kilkanaście. Straż Miejska wlepiła jej mandat, bo sąsiedzi skarżyli się, że psocą, sikają i śmierdzą. Zgrabczyńska nie przyjęła go i sprawa trafiła do sądu. Zakończyła się w 2017 roku, gdy już się wyprowadziła. Sąd skazał ją na 2 tys. zł grzywny. „Dyrektor zoo skazana” – donosiła PiS-owska lokalna telewizja TVP3.
Słoń gej
22 stycznia 2016 r., poznańskie zoo. Grupa ludzi karmi słonia, który zza krat wystawia trąbę. To poznańscy radni, których zaprosiła nowa dyrektorka.
- Karmienie słoni jest debilizmem i skończy się wypadkiem – mówi Michał Grześ, radny PiS.
- Karmiłam słonia i jakoś nie odgryzł mi ręki – odpowiada jedna z radnych.
- Do czasu! – odcina się Grześ.
Odpowiedź Zgrabczyńskiej cytują media: - Bywa, że słonie są spokojniejsze i bardziej stabilne emocjonalnie niż niektórzy radni.
Grześ, z wykształcenia inżynier elektryk, stanie się największym krytykiem dyrektorki. W dziewięć miesięcy złoży w Radzie Miejskiej 23 interpelacje.
Karmiony słoń Ninio od 2009 roku budzi podejrzenia Grzesia. Wyczytał w internecie, że interesuje się samcami i jest szczególnie agresywny, a w zoo, z którego przyjechał „walił trąbą samice i podobno zdzielił w łeb dyrektora”. Zgrabczyńska ripostuje, że to plotka, bo uderzenia trąbą dyrektor by nie przeżył.
Słoń gej zrobił się sławny, stał się maskotką festiwali LGBT, a drag-queens zbierały dla niego pieniądze. Jednak gdy dorósł, zainteresował się samicami.
Gość z Bieszczad
Kwiecień 2016 r., Bieszczady. Leśna droga w pobliżu Cisnej. Ratownik GOPR spotyka dwumiesięczną niedźwiedzicę. Mała jest wychudzona, przewraca się. Leśnicy nazywają ją „Cisna” i konsultują się z naukowcami: przygarnąć czy zostawić?
Ktoś przypomina sobie o zoo w Poznaniu, gdzie powstał azyl dla niedźwiedzi odebranych z nielegalnych hodowli i cyrków. Sfinansowała go Fundacja „Four Paws International” z Wiednia. Dyrektorka zoo przyjmuje niedźwiedzicę. Ale ta ma chorobę sierocą. Osowiała ssie i obgryza łapę. Zgrabczyńska wie, że w ogrodach zoologicznych na świecie pomagały psy. Z Cisną zamieszkuje szczeniak mastifa tybetańskiego „Bari”. Przyjaźń psa i niedźwiadka przyciąga do zoo tłumy. Zwierzaki wspólnie bawią się i śpią – niedźwiadek wtulony w psa.
Baloo z cyrku Vegas
Anna Plaszczyk, aktywistka z Fundacji „Viva! Akcja dla Zwierząt” przyjechała do Poznania, bo usłyszała, że nowa dyrektorka zoo ma otwarty umysł. Zapytała ją, czy pomoże fundacji w interwencjach. Zgrabczyńska zgodziła się.
Jest 5 lipca 2016 r., Pawłowice koło Jastrzębia Zdroju. Na placu rozbił się cyrk Vegas. Widzów zabawia czteroletni niedźwiedź brunatny Baloo. Ma poranione łapy, wyrwane pazury i kły, a na głowie blizny od ran. Gdy jest posłuszny, dostaje popcorn.
W przedstawieniu bierze też udział krokodyl nilowy Ramzes. Z obwiązanym taśmą pyskiem jest obnoszony wokół areny - w rytmie cyrkowego werbla i przy migotaniu świateł. Ramzes jest niewielki. Potem okaże się, że nie mógł urosnąć, bo większość życia spędził w ciasnym pojemniku w samochodowej przyczepie, którą dzielił z niedźwiedziem.
Do cyrku wchodzi policja powiadomiona przez Vivę!. Zgrabczyńska przyjmuje zwierzęta do zoo.
Niedźwiedź kiwa się i boi wyjść na wybieg. Krokodyl przez miesiąc nie wychodzi z basenu w obecności człowieka. Weterynarz stwierdza depresję.
Akcja w cyrku Vegas to precedens. W 2022 roku zapadnie pierwszy w Polsce wyrok skazujący za znęcanie się nad zwierzętami cyrkowymi.
Poznaniakom podoba się ratowanie skrzywdzonych zwierząt. Do zoo przychodzą tłumy. Wszyscy chcą zobaczyć, jak zdrowieją maltretowane w cyrku niedźwiedź i krokodyl.
„Nieprawdziwe” tygrysy
„Są pewne granice, których nie wolno przekraczać. Nie zgadzamy się na to, aby poznańskie zoo zamieniło się w anarchistyczny skłot dla zwierząt” – pisze 7 maja 2017 r. na Facebooku Marek Sternalski, szef klubu radnych Platformy Obywatelskiej.
Zgrabczyńska jest dyrektorką zoo od roku i czterech miesięcy. Przyjmuje dzikie zwierzęta skrzywdzone przez człowieka. Wiele pochodzi z nielegalnych hodowli, gdzie miesza się gatunki. Zabrane hodowcom nie mają szans na przeżycie, bo nie ma dla nich miejsca.
W kwietniu 2017 r. do zoo w Poznaniu przyjeżdża transport z dwoma młodymi lwami. Aktywiści Vivy! wytropili je na Górnym Śląsku. Kupił je miejscowy biznesmen jako prezenty dla żony i przyjaciółki. Żona dostała trzymiesięczną lwicę somalijską, przyjaciółka – czteromiesięczną hybrydę: mieszańca lwa i tygrysa.
- Ogród zoologiczny nie powinien być azylem dla przypadkowych zwierząt – mówi Sternalski, ale o Zgrabczyńskiej dziś nie chce rozmawiać.
- To zbieranina mieszańców, a nie czyste gatunkowo zwierzęta - popiera go Michał Grześ z PiS. - Nie cenię Zgrabczyńskiej jako fachowca. Ratuje zwierzęta z miłości. A zoo to nie schronisko. Czy lwy i tygrysy, które przyjęła, są prawdziwe? Nie. To są mieszańce-hybrydy. Nie wiem, które zwierzęta są prawdziwe.
Grześ nie wie, że nowa dyrektorka zastała już w zoo „nieprawdziwe” zwierzęta. Jej poprzednicy szczycili się, że dochowali się tygrysa syberyjskiego „czystej krwi”. Gdy Zgrabczyńska poleciła przebadać próbki DNA z jego sierści, okazało się, że też jest hybrydą.
Grzesiowi marzy się, aby zoo w Poznaniu miało podobne atrakcje jak zoo we Wrocławiu lub Łodzi – „prawdziwe” rekiny w basenach z podwodnymi korytarzami dla zwiedzających.
- U nas w Poznaniu to dobre miejsce dla zwierząt, ale niekoniecznie dla ludzi – mówi.
Zoo dla zwierząt czy ludzi?
Większość dyrektorów ogrodów zoologicznych to ludzie, którzy spędzili w nich pół życia, awansując z niższych stanowisk lub przenosząc się z jednego fotela dyrektorskiego na drugi. Tworzą raczej zamknięte środowisko.
Zgrabczyńska przyszła z zewnątrz – jako naukowiec z uniwersytetu. Gdy wygrała konkurs, miała 44 lata - była jedną z najmłodszych i jedną z nielicznych kobiet na tym stanowisku; w dodatku jedyną aktywistką, walczącą o prawa zwierząt.
- Nie żałuję, że ją zachęcałam do konkursu. Ona naprawdę walczyła o zwierzęta. Nie liczyły się dla niej żadne układy i korzyści – mówi Katarzyna Kretkowska, wieloletnia radna, a później posłanka Lewicy z Poznania.
Dyrektorzy ogrodów mają do niej jednak zastrzeżenia. „Z przykrością stwierdzam, że z poznańskim ogrodem nie współpracujemy jak kiedyś. Nie idziemy tą samą drogą” - krytykuje ją 31 marca 2017 r. na łamach „Głosu Wielkopolskiego” Michał Targowski, dyrektor gdańskiego zoo, stojący na czele Rady Dyrektorów Polskich Ogrodów Zoologicznych i Akwariów. Przekonuje, że w zoo „nie mogą przebywać zwierzęta niewiadomego pochodzenia”. Zapowiada, że ogrody, które się do tego nie zastosują mogą zostać usunięte z Europejskiego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych EAZA.
Zgrabczyńska nie słucha ostrzeżenia. Trzy lata później kończy się to zawieszeniem poznańskiego zoo w stowarzyszeniu EAZA.
– Nie trawię ogrodów zoologicznych w starym stylu – przyznaje Zgrabczyńska. - To miejsce, w którym ku uciesze gawiedzi, zwierzę powinno być widoczne cały czas ze wszystkich stron. Rzuca się je na pastwę tłumów.
Ma inną wizję ogrodu: - Powinien być współczesną Arką Noego, czyli chronić gatunki zagrożone wyginięciem, ale też nieść pomoc zwierzętom dzikim i egzotycznym, skrzywdzonym przez człowieka.
Poznańskie zoo wspólnie z fundacją „Viva!” uczestniczy w bezprecedensowych akcjach. Interwencja w Pyszącej koło Śremu była prawdopodobnie największą tego typu w Europie – zlikwidowano nielegalną hodowlę blisko 300 zwierząt 80 gatunków, w tym tygrysów i lampartów perskich.
To co mówi i robi dyrektorka podoba się mediom. „To rewolucja!”- powtarzają jej słowa.
Nieumarłe
Koty – małe i duże przewijają się przez całe życie Zgrabczyńskiej.
Tygrys w zoo na jej widok ociera się o kraty. Zachowuje się jak domowy kotek, który łasi się do opiekuna.
– Au, au… Dobra kota. Puf, puf! – zagaduje Zgrabczyńska i drapie go za uchem.
- Puf, puf! – odpowiada tygrys.
- One pufają. To odpowiednik kociego mruczenia – wyjaśnia.
Październik 2019 roku. Na przejściu granicznym z Białorusią w Koroszczynie stoi ciężarówka. W środku 10 tygrysów upakowanych jak sardynki w klatkach. Nie mogą się ruszyć, leżą we własnych kupach, nie mają co pić. Są stare, występowały w cyrkach. Jadą z Włoch do Dagestanu. Zatrzymali je Białorusini.
- Los tygrysów jest dramatyczny. Szacuje się, że na wolności pozostało ich trzy tysiące. Większość żyje w niewoli. Trzymane są przez szejków w Dubaju i oligarchów w Rosji. Ale sprzedaje się je też na części. Są tacy, co wierzą, że sproszkowany penis tygrysa przywraca potencję, a wino z tygrysich organów leczy - opowiada Zgrabczyńska.
Jedzie na granicę, aby ratować tygrysy. Przeżyje dziewięć z dziesięciu. Dwa - Gogh i Kan zostaną w Poznaniu, dwa przyjmie prywatne zoo w Człuchowie. Pozostałe pojadą do zachodnich azylów.
Historię tygrysów relacjonują media na całym świecie. Zgrabczyńska dostanie zaproszenie do Parlamentu Europejskiego, a Polacy zbiorą prawie 2 mln zł na wybieg dla tygrysów.
„Nieumarłe” – tak mówi o nich Zgrabczyńska. Imieniem najstarszego tygrysa Gogh nazwie swoje konto na Facebooku, które będzie obserwować 24 tys. osób.
Ale specjalną stronę na Facebooku założą też jej przeciwnicy - prawie pięćset osób komentuje i krytykuje tam wszystko co zrobi, powie i napisze Zgrabczyńska.
Szef zoo we Wrocławiu Radosław Ratajszczak (wcześniej przez kilkanaście lat wiceszef w Poznaniu), oznajmi w lokalnym radio, że Zgrabczyńska nie powinna przyjmować tygrysów z granicy, bo to nie jest rola ogrodu zoologicznego.
- Ma charyzmę i wierną rzeszę fanów-zwolenników – przyznaje Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania. Ale uważa, że popularność jej zaszkodziła, bo stała się zbyt pewna siebie i popadła w konflikty.
- Zdobyła popularność jako obrończyni zwierząt. Przekładało się to na popularność prowadzonego przez nią ZOO. To powinno budzić zadowolenie władz miasta – odpowiada Katarzyna Kretkowska z Nowej Lewicy.
Porównuje: - Jurek Owsiak i Janina Ochojska także byli krytykowani. Ich charyzma budziła poczucie zagrożenia i zawiści u ich przeciwników. A oni są po prostu bezkompromisowi i mają poczucie misji.
Dom zwierząt
Lato 2022. Wieś 30 km od Poznania. Gospodarstwo ogrodzone siatką, wokół pola i lasy.
- Zapraszam, to dom zwierząt, którymi się opiekuję - wita mnie Zgrabczyńska.
Kilka lat temu wyprowadziła się z Poznania i za pożyczone pieniądze kupiła zaniedbane gospodarstwo. Urządziła w nim schronisko dla zwierząt. Ma ich kilkadziesiąt. - Tu nikomu nie przeszkadzam. Zwierzęta mogą się wyszaleć i wybiegać. Mają kawałek swojego świata.
W pokoju na dole mieszkają psy. - Tu wszystko jest obgryzane, niszczone, jest pełno włosów. Czasem zdarza się, że chore zwierzęta sikają, wymiotują. Pokój i cały dom nadaje się do remontu – przyznaje.
Łasi się młoda suka japońskiej rasy Akita: - Jest z Kijowa. Przeszła piekło, z kilkudziesięciu psów w hodowli ocalało pięć.
Po stromych schodach prowadzi do sypialni na poddaszu. Tu mieszka kotka Patrycja, która należała do Natalii Popowej i inne kijowskie koty - Szczurek i Garfield.
Zgrabczyńska pokazuje sufit: - Tam w narożniku są tegoroczne pająki. W łazience mieszka bardzo duży pająk Gustaw, w trakcie sprzątania trzeba uważać, żeby go nie zgarnąć i nie zniszczyć mu pajęczyny.
Za domem są zagrody dla szopów, jenotów i lisów uratowanych z ferm futrzarskich. - Flafik! Zobacz co tu jest. Same lisie przysmaki!
Lisek podbiega niczym piesek, dostaje chrupki: - Gdybym go nie wzięła, byłby pomponem na czapce. Z fermami futrzarskimi walczę od zawsze, to obozy kaźni. Zwierzęta są trzymane w małych klatkach, a potem mordowane prądem elektrycznym. Elektrody wkłada się lisowi czy jenotowi do odbytu – opowiada.
Do zoo w Poznaniu też przyjęła kilkanaście lisów uratowanych z ferm przez aktywistów z „Otwartych Klatek”. - Pierwsze wypuszczenie lisa fermowego na trawę, to są zawsze łzy w oczach. Lis się cieszy, szczeka z radości, macha ogonem - opowiada.
Idziemy do zagrody szopów praczy. Łapią nas łapkami za nogawki, wspinają się po nogach i zaglądają do kieszeni.
- Pojawiły się w Europie w latach 30. XX wieku. Sprowadzili je Niemcy dla uciechy myśliwych. Ale zaczęły uciekać, skolonizowały Niemcy, potem zachodnią Polskę. Stały się gatunkiem inwazyjnym. Teraz masowo giną pod kołami samochodów lub zabijane przez myśliwych - opowiada Zgrabczyńska.
Chce ich uratować jak najwięcej.
- To Jacuś i Agatka. Rodzeństwo. Reszta rodziny zginęła – przedstawia małe szopy, które pałaszują arbuzy.
Zgrabczyńska sama sprząta zagrody. Kupy lisów i szopów wrzuca na taczkę i wywozi na hałdę za stodołą. - Lubię pracować fizycznie. A po dniu pracy mogę sobie usiąść przy zwierzętach i pogadać z nimi, wtedy na mnie włażą, sprawdzają co mam w kieszeniach – opowiada.
Z pobliskiej zagrody wystawia pysk osiołek Quatro i łapie zębami za jej bluzę. Zgrabczyńska przygarnęła go, gdy zmarła mu matka. Gdy tęsknił, wykupiła trzy kozy przeznaczone na rzeź, które stały się jego towarzyszami.
- Wstaję około czwartej rano, to zależy od sezonu. Rozpoczynam karmienie, pojenie, a potem jadę do pracy. To samo po powrocie – opowiada.
Ludzie się dziwią, niektórzy sądzą, że zwariowała.
- Robię to, co kocham. Czuję radość, gdy zwierzęta są w pobliżu, gdy idę pobiegać po polu z osiołkiem czy kozami, ot tak dla samej przyjemności życia! – odpowiada Zgrabczyńska. - Inni chodzą do psychoterapeuty albo do pubu na kielicha. A mi kontakt ze zwierzakami ładuje życiowe akumulatory.
Zwierząt wciąż przybywa. - Trudno jest odmówić, kiedy telefon dzwoni w nocy i jakieś zwierzę potrzebuje ratunku – mówi Zgrabczyńska. - Jest we mnie chęć niesienia pomocy, ja nie umiem robić nic innego.
Don Vittorio i żyrafa
Wszystko wskazuje na to, że Zgrabczyńską pogrążyły kontakty z firmą i fundacją o nazwie „Don Vittorio”.
Koniec lata, 2022 r. Poznańscy radni rozpatrują skargę przedstawiciela firmy i fundacji „Don Vittorio” Łukasza B. na dyrektorkę zoo Ewę Zgrabczyńską. Zarzuca jej, że starając się o pożyczkę oferowała jako zastaw … żyrafę z zoo. Oskarża ją między innymi o nadużywanie stanowiska w celu uzyskania korzyści majątkowych, a także o kupowanie na koszt zoo karmy i leków dla zwierząt w swoim azylu oraz wykorzystywanie samochodu służbowego do celów prywatnych.
Pod koniec 2021 roku Łukasz B. złożył zawiadomienie do prokuratury. Radnym zarzuty wydają się niepoważne i odrzucają skargę. Prokuratura potraktuje ją na serio.
Historia Łukasza B. jest dość nieprawdopodobna. Od 2016 r. pojawia się w największych polskich mediach, towarzyszą mu gwiazdy dziennikarstwa. Postawny mężczyzna z wygoloną głową przedstawiany jest jako biznesmen z Hiszpanii. Nikt nie sprawdza kim jest i czym się zajmuje. To co opowiada wszyscy przyjmują na słowo.
Do zoo w Poznaniu zgłosił się pod koniec 2016 r. jako reprezentant firmy odzieżowej „Don Vittorio Prestige SL” z Hiszpanii. Poprosił o zgodę na wykorzystanie wizerunku małej niedźwiedzicy Cisna na dziecięcych ubrankach. Zaproponował, że w zamian wybuduje wybiegi dla lampartów.
18 września 2017 roku Łukasz B. był już przedstawicielem fundacji „Don Vittorio Foundation for Wild Animals”. W TVN24 zapowiadał, że będzie ratować zagrożone wyginięciem niedźwiedzie wargacze z Indii, wykorzystywane do zabawiania turystów i uczone tańca torturami na rozgrzanej blasze. „Ambasadorką” fundacji została celebrytka i prezenterka TVN Agnieszka Woźniak-Starak.
Zgrabczyńska przyjęła ich z otwartymi ramionami, a stacja TVN24 relacjonowała wmurowanie kamienia węgielnego pod budowę wybiegu dla wargaczy w poznańskim zoo.
Niestety ani firma, ani fundacja „Don Vittorio” niczego nie wybudowały. Zajęły się za to intensywną autoreklamą. Nie znalazłem ich stron internetowych, natknąłem się za to na zamieszczane przez fundację posty na Facebooku o zwierzętach.
27 kwietnia 2019 roku Łukasz B. ponownie pojawił się ze swoją „ambasadorką” w TVN - w programie śniadaniowym. Reklamował robota, którego wymyślił, by dzieci w szpitalach mogły oglądać zwierzęta w zoo. Uważny widz zauważyłby, że to … kij na kółkach z przyczepioną kamerką. Ale o „wynalazku” napisały największe dzienniki, a nawet agencja Reuters. Fundacja „Don Vittorio” ogłosiła zbiórkę internetową na budowę kolejnych robotów, ale niewiele zebrała i akcję zakończyła.
Sprawdziłem w hiszpańskim rejestrze czym zajmuje się firma „Don Vittorio”. Pojawiła się tam dopiero w czerwcu 2015 roku jako pośrednik w handlu tekstyliami oraz … futrami i wyrobami ze skóry z kapitałem … 3500 euro. Siedzibę ma w nadmorskim miasteczku Tarif, znanym głównie z turystyki, surferów i przystani dla jachtów.
W Polsce firma została zarejestrowana w lutym 2017 roku, a fundacja - miesiąc później. Obie mają ten sam adres: pokoik w biurowcu w Warszawie oraz filię we wsi Drużyna pod Poznaniem.
Dopiero w 2022 roku dziennikarka „Gazety Wyborczej” Marta Danielewicz sprawdziła, że Łukasz B. próbował zaistnieć w Polsce w branży budowlanej. W 2013 roku miał wybudować osiedle szeregowców pod Poznaniem na wzór … rzymskiego Koloseum. W 2020 roku pojawił się zaś w Wolsztynie jako pełnomocnik firmy „Grace Enterprise”. Firma wydzierżawiła stary pałac od gminy, ale za to nie płaciła. Gdy burmistrz zerwał umowę, Łukasz B. doniósł na niego do prokuratury, która zaczęła śledztwo.
Ta sama firma „Grace Enterprice” w 2019 roku wygrała przetargi w poznańskim zoo na remonty dwóch wybiegów i budowę domku dla mrówkojada – ssaka z Ameryki Południowej. Zoo uznało, że prace źle wykonano. Prawnicy zoo skontaktowali się z firmą ubezpieczeniową, której polisy przedstawiło „Grace Enterprice” (zamówienia publiczne wymagają ubezpieczenia). Okazało się, że polisy nie istnieją. W połowie 2021 roku Zgrabczyńska poleciła prawnikom, aby złożyli do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu fałszerstwa. Kilka miesięcy później – pod koniec 2021 roku Łukasz B. zawiadamia prokuraturę o podejrzeniu przestępstwa popełnionego przez Zgrabczyńską.
Z Łukaszem B. nie udało się mi skontaktować. Według rejestru firm ma … agencję reklamową w Poznaniu.
Zgrabczyńska nie tylko uwierzyła Łukaszowi B. jako dyrektorka zoo, ale też skorzystała z okazji, gdy zaproponował jej podżyrowanie pożyczki hipotecznej na zakup gospodarstwa, w którym organizowała schronisko dla zwierząt. Było warte 410 tys. zł. Gdy miała kłopoty ze spłatą, komornik zagroził jej licytacją wyceniając gospodarstwo na 307,5 tys. zł. Latem 2022 roku spłaciła komornika. Do licytacji nie doszło. W tym samym czasie Łukasz B. złożył na nią skargę do radnych i oskarżył, że próbowała zastawić żyrafę.
Ludzie listy piszą
Luty 2024. Jeden z portali internetowych publikuje artykuł „Święta Ewa od zwierząt i jej grzechy”. Powtarza on zarzuty Łukasza B. Ale źródłem informacji są „anonimowi pracownicy”, skonfliktowani ze Zgrabczyńską i „niemogący doczekać się reakcji prokuratury”. Mówią o „kradzieży publicznych pieniędzy” oraz podejrzeniach, że skoro Zgrabczyńskiej udało się spłacić pożyczkę na gospodarstwo, to mogła wykorzystać do tego stanowisko dyrektorki. Jest też przeciek „z organów ścigania”, że realizuje ona „swoje prywatne cele finansowe” oraz sugestie, że podkrada z zoo karmę dla swoich zwierząt, a wszędzie wozi ją szofer w służbowym aucie. „Anonimowi pracownicy” dodają od siebie, że dyrektorka „jest znacznie lepsza dla zwierząt, niż ludzi” oraz że ich zastrasza.
Piszę list do portalu w obronie Zgrabczyńskiej. Nie wiem, czy zarzuty są prawdziwe, ale dziwię się, że jedynym źródłem publikacji są anonimowe informacje. Nie dostaję odpowiedzi. Zaczynam więc pisać ten tekst.
Już po zatrzymaniu Zgrabczyńskiej oświadczenie wyda Jerzy Illg, wieloletni redaktor naczelny Wydawnictwa „Znak”, w którym wydawała książki. Napisze o „kampanii medialnej”, w której „zapomniano, że także media obowiązuje domniemanie niewinności, dopóki zarzuty nie zostaną udowodnione”.
Ale kolejne media kopiują informacje i dodają mocniejsze tytuły. Tymczasem pracownicy ZOO są skonfliktowani i podzieleni. Jedni piszą donosy na Zgrabczyńską do prezydenta Poznania – w anonimach jest wszystko, włącznie z tym, kto z kim śpi. Inni podpisują pisma w jej obronie.
W poznańskim ZOO to nic nowego. Poprzedni dyrektor urzędował zaledwie rok. W 2015 zrezygnował na skutek konfliktu z pracownikami. Pracę zakończył krótko po konferencji prasowej jego zwolenników, na którą wtargnęli przeciwnicy - aby nie doszło do bijatyki, musiała interweniować policja. Relacjonowały to poznańskie media. Problemy ze znalezieniem odpowiednich pracowników mają zresztą wszystkie ogrody zoologiczne – powodem są niskie płace i specyfika pracy ze zwierzętami.
Połowa lutego 2024. Spotykam się z prezydentem Poznania Jackiem Jaśkowiakiem.
- To postać tragiczna, niejednoznaczna – mówi o Zgrabczyńskiej. – Być może będzie uznana za pioniera, bo zrobiła w zoo wiele udanych rzeczy. Ale nie wytrzymała ciężaru popularności. Media zrobiły jej krzywdę. Popularność może skutkować przekonaniem, że przestrzeganie przepisów kogoś nie dotyczy.
Ostro krytykuje Zgrabczyńską za nadużywanie auta służbowego. - To niedopuszczalne, że ktoś ma szofera, który dowozi go kilkadziesiąt kilometrów do pracy. Ludzie dojeżdżają pociągami, autobusami. Na to nie może być zgody. To nadużywanie stanowiska i dyscypliny budżetowej - mówi.
Wykryła to kontrola przeprowadzona w zoo jesienią 2023 r. przez urząd miasta. To jedyny zarzut, który komentuje prezydent w czasie spotkania ze mną. Wyniki kontroli zostały przesłane do prokuratury, która wtedy już prowadziła śledztwo. Ale po naradzie ze współpracownikami prezydent uznał, że to za mało, aby zwolnić Zgrabczyńską.
10 lat za klatki i szopy
4 marca 2024 r. Konwój policji ze skutą Ewą Zgrabczyńską jedzie na komendę w Poznaniu, potem do prokuratury. Dyrektorka spotyka policjantów, których zna z interwencji w sprawie zwierząt.
- Nigdy nie byłam tak upokorzona. Śmierdząca i brudna - powie mi potem.
Prokuratorka Alicja Małasiak wszczęła postępowanie na podstawie doniesienia Łukasza B. Informuje Zgrabczyńską, że zawiesiła ją w wykonywaniu obowiązków dyrektorki. Zakazała też wstępu do zoo i kontaktów z pracownikami.
Przedstawia zarzuty. Szacuje, że Zgrabczyńska jako dyrektorka zoo w latach 2016-2024 naraziła miasto na stratę 100 tys. zł. Większość z tego – 67 tys. zł to faktury za wykonanie klatek do przewozu zwierząt z Ukrainy i naprawę nawierzchni w zoo; prokuratorka, uważa, że faktury są fikcyjne oraz że za ich wystawienie Zgrabczyńska otrzymała 17 tys. zł.
Rzecznik Prokuratury Okręgowej Łukasz Wawrzyniak: - To przestępstwo urzędnicze: nadużycie uprawnień i działanie w celu uzyskania korzyści majątkowej. Według Kodeksu Karnego - artykuł 231 paragraf 2 grozi za to 10 lat więzienia. Mamy to udokumentowane procesowo.
Rzecznik sugeruje, że chodzi o świadka.
Zgrabczyńska zaprzecza, że cokolwiek przyjmowała. Twierdzi, że faktury wystawiono za wykonane prace, a klatki były i są wykorzystywane.
Prokuratorka podejrzewa też, że Zgrabczyńska za często korzystała z samochodu służbowego (ta twierdzi, że nie ma prawa jazdy i miała to wpisane w warunki pracy) oraz że wykastrowała cztery szopy pracze i dwa psy z jej azylu za 1 tys. zł na koszt zoo.
Pozostałe zarzuty to:
- wywieranie presji na świadka, by zeznawał na jej korzyść,
- poświadczenie, że remont jej gabinetu zakończył się w grudniu 2022, gdy zakończył się w czerwcu 2023 (Zgrabczyńska twierdzi, że w czerwcu robiono jedynie poprawki),
- podpisanie faktury za kurs dla pracownika, który się nie odbył,
- ułatwienie wykonawcy domku dla mrówkojada w zoo ucieczki przed komornikiem – zoo przelało zapłatę na konto, które nie było kontem wykonawcy,
- przekierowanie honorarium za napisaną książkę na konto znajomej zamiast na własne, aby uniknąć zajęcia pieniędzy przez komornika (niedługo potem Zgrabczyńska spłaciła dług).
Prokuratorka zabiera jej telefon jako dowód w sprawie. Zgrabczyńska wypuszczona wieczorem - w brudnym, roboczym ubraniu, bez pieniędzy - ma problem, aby wrócić do domu pod Poznaniem.
- Czy nie można było mnie wezwać? Nie uciekłabym z gospodarstwa z moimi zwierzętami – pyta.
- Jeśli w zoo były istotne nieprawidłowości, to oczywiście nie ma dla nich usprawiedliwienia – mówi była radna i posłanka Katarzyna Kretkowska. Zastanawia się jednak, dlaczego prokuratura grozi Zgrabczyńskiej karą aż 10 lat więzienia. Dziwi się, że tyle można dostać za wykastrowanie czterech szopów i dwóch psów oraz za brak faktur za klatki, w których ewakuowano zwierzęta z Ukrainy. Pyta: – Czy cała ta afera nie ma jakiegoś drugiego dna?
Z Anną Plaszczyk z Vivy! rozmawiałem przed zatrzymaniem Zgrabczyńskiej. Po jej zatrzymaniu zwleka z autoryzacją swoich wypowiedzi, potem je wycofuje, bo obawia się tekstu „z tezą”.
- Zniszczono mnie! Jestem skończona. Nikomu już nie pomogę, nie uratuję żadnego zwierzęcia – mówi mi Zgrabczyńska.
Ale 6 marca, zwołuje przed zoo konferencję prasową. Zaprzecza zarzutom. - Jestem kobietą pyskatą, która neguje zastaną rzeczywistość. Dla zbyt wielu jestem niewygodna - oskarża.
Katarzyna Kretkowska: - Była szczycie, a teraz wszyscy ją potępiają. Media lubią bohaterów. Ale jeszcze chętniej strącają ich z pomników. Historie upadku dobrze się sprzedają.
Wieczorem do jej gospodarstwa przyjeżdża ekipa kolejnej telewizji. Zagląda przez ogrodzenie z wycelowaną kamerą. Świeci światłami, próbuje ją nagrać. – Chcemy usłyszeć, że nie chce pani rozmawiać – nawołuje dziennikarz.
Zgrabczyńska nie rozmawia. Zamieszcza post na Facebooku: „Nie mogę posprzątać domu, obejścia, bo boję się, że ktoś przyjedzie znów, że któryś z psów nie wytrzyma (…) To mój dom. Nie miejsce pracy, nie instytucja publiczna, nie zoo za biletowaniem. (…) Zawieszono moje urzędniczenie. Nie jestem już "mädchen fur alles". Prośba więc: żądni sensacji i żyjący z niej, 8 lat dawałam Wam chleb i klikalność, byłam na każde zawołanie, jako dyrektor, ekspert, świadek, oskarżyciel posiłkowy. Teraz odpierdolcie się”.
<CS_ADHUB>
POLITYKA PRYWATNOŚĆI
REPORTAŻE