PATENT NA DŹWIGNIĘ Z LINKĄ, CZYLI JAK ZBUDOWANO PIRAMIDY
Michał Matys, Artur Włodarski, Sławomir Zagórski
Rozmowa z architektem dr. inż. Wojciechem Kołątajem, współpracującym z najsłynniejszym polskim archeologiem i egiptologiem prof. Kazimierzem Michałowskim
(wywiad został opublikowany w „Magazynie Gazety Wyborczej”, 19 września 2002; był nominowany do Nagrody Grand Press; znalazł się również w książce „Gen ciekawości”, wydanej w 2004 roku)
Odkrył Pan, jak budowano piramidy. Niech Pan powie jak.
- Za pomocą prostej dźwigni z pni palmowych. Wystarczyło trzy takie związane ze sobą pnie wsunąć jednym końcem pod kamienny blok, a przy drugim zamocować zasobniki z piaskiem. Następnie dosypywać piachu i... patrzeć, jak 2,5-tonowy blok wolno wędruje do góry. W ten sposób, stopień po stopniu, wynoszono je na najwyższy poziom piramidy - ponad sto metrów.
Takie to proste?
- Czy proste? Faktycznie, piasku było w bród. Do napełnienia worków wystarczyło kilku mocnych chłopaków, którzy najedli się chleba z cebulą. Worki robiono ze skóry ściągniętej w całości z krowy, wysuszonej i ponownie przewróconej sierścią na wierzch. W miejscu głowy był otwór. Piasek wypełniający skórę krowy ważył wystarczająco dużo, by przeważyć blok. Warunkiem powodzenia było opasanie kamienia liną przymocowaną do wyższego stopnia piramidy. Dzięki temu podczas podnoszenia blok nie zsuwał się, lecz był wrzucany na wyższy stopień. Worki nie miały szans zachować się w piaskach pustyni. Moją teorię potwierdzają jednak wypełnione piaskiem komory wewnątrz piramid.
Ma Pan inne dowody?
- Skojarzyłem kilka znanych faktów. Zacznijmy od Herodota, greckiego historyka z V wieku p.n.e. W swoich „Dziejach” opisuje drewniane urządzenia do dźwigania bloków. Dawały się łatwo demontować i przenosić. Twierdzi, że właśnie one posłużyły do wznoszenia piramid.
Zacząłem dociekać, cóż to za urządzenia. Odpowiedź kryły hieroglify - egipskie pismo obrazkowe. A ściślej czasownik „czesi” (t_si') - dźwigać, podwozić. T_si' to obrazek przedstawiający przekreśloną kreskę poziomą, linę z dwoma uchami i zasobnik obwiązany liną. Kiedy mu się przyjrzałem - olśniło mnie: to mogły być elementy urządzenia do podnoszenia np. materiałów budowlanych. A zasobnik ze sznurem? Toż to stylisko wagi znane z późniejszych egipskich tekstów! A więc podnoszenie przez przeważenie. Może ktoś potem wpadł na pomysł, aby - zamiast przeważać piaskiem kamień - wycechować go i odważać nim piasek lub inne sypkie materiały? Niewykluczone, że tak właśnie powstała waga.
Ogłosił Pan swoją teorię?
- Dwa lata temu na kongresie naukowym w Egipcie. Przyznam, że odzew mnie rozczarował. Reiner Stadelmann, ówczesny dyrektor Egiptologicznego Instytutu Niemieckiego w Kairze, kręcił głową: „Nie zobaczę - nie uwierzę”. Wiadomo - dla humanisty dźwignia prosta to czarna magia. Zrobiłem więc eksperyment, tyle że w małej skali. Użyłem bloków o wadze 200 kg, dziesięć razy mniejszej niż w piramidach. I wyszło! Lądowały równiutko na wyższym poziomie.
Zbudował Pan piramidę?
- Tak, w Aleksandrii. Użyłem kamieni z twardego wapienia - takich samych jak w prawdziwych piramidach. Chciałem powtórzyć eksperyment w skali 1:1 i udowodnić niedowiarkom, że mam rację. Ale nie było kiedy i za co. Przekazałem wszystkie dane doc. Jerzemu Kowalczyńskiemu z Zakładu Fizyki Teoretycznej PAN. Przejrzał je i zdziwiony zadzwonił w środku nocy: „Wojtek, to działa!”.
Nie próbował Pan zdobyć pieniędzy na większą piramidę?
- Pewnie! Kiedy w 1997 r. do Egiptu przyjechał premier Włodzimierz Cimoszewicz, zagadnąłem jego urzędników. „Fundusze? Żeby je zdobyć, trzeba sprawę nagłośnić - radzili. - Może to zainteresuje jakiegoś reżysera? Jak będzie film, znajdą się sponsorzy”. Mówię: „Do diabła z tym. Nie zależy mi na rozgłosie. Chcę tylko pokazać, że mam rację”. Oni na to, że nie znam się na reklamie. Dałem więc spokój. Jednak na wszelki wypadek poszedłem do Urzędu Patentowego, aby zastrzec prawa do odkrycia.
Jak Pana potraktowano?
- Jak wariata: „Po co panu patent na dźwignię z liną? Chce pan tym ważyć? Przecież się nie da”. „A czemu nie?”. „Bo wszystko spadnie”. „Nie spadnie i to właśnie chcę opatentować”. „Nie rozumiem”. „Nie szkodzi”. I od początku to samo. W końcu poddali się.
Jak dotąd tłumaczono powstanie piramid?
- Na dziesiątki sposobów. Niektóre całkiem zwariowane - np. piramidy jako twory kosmitów. Albo piramida Cheopsa jako urządzenie do leczenia raka.
W jaki sposób?!
- Sarkofag był stołem chirurgicznym, na który padała skupiona przez bryłę piramidy wiązka promieniowania kosmicznego. Inna hipoteza: piramida jako instrument muzyczny. Obłęd. Jest nawet określenie na tych, którzy mają takie pomysły: „piramidioci”.
Wszystkie koncepcje są równie zwariowane?
- Są i poważne. Np. pewien polski inżynier napisał książkę, w której udowadniał, że bloki przenoszono za pomocą dźwigni działającej na zasadzie stawu kolanowego. Taką dźwignię dostrzegł na staroegipskim rysunku sań, którymi po piasku transportowano posąg.
Jak można ciągnąć sanie po piasku?
- Można. Na twardym podłożu ziarnka piasku zachowują się jak kulki w łożyskach. Podejrzane jest co innego: inżynier udowadniał, że kamienie do budowy piramid wydobywano z... podziemnego kanału łączącego Nil z Morzem Czerwonym. Właśnie dlatego - twierdził - łodzie w starożytnym Egipcie miały składane maszty.
A Pana koncepcja? Dlaczego napotyka taki opór?
- Bo burzy wizerunek autorytetów stojących za rampami. Autorzy większości prac o piramidach nie wyobrażają sobie, by budowano je bez wielkich kamiennych ramp, po których wciągano głazy. Zachowały się nawet resztki takich konstrukcji. Koncepcja ramp ugruntowała się na tyle, że od dobrych kilkudziesięciu lat przepisuje się ją z podręcznika do podręcznika.
Aż wreszcie postanowił Pan rozprawić się z nią...
- Niczego nie postanowiłem. Po prostu uznałem, że teoria ramp jest nielogiczna. Pamiętam, jak sześć czy siedem lat temu rozmawialiśmy przy herbatce o piramidach z moim nieżyjącym już kolegą Janem Borkowskim. Rozmawiając, gapiliśmy się na piramidę Cheopsa. „Wiesz co - wyrwało mi się - oni tego nie mogli zbudować za pomocą rampy. Nie do samej góry. Wtedy rampa musiałaby mieć aż trzy kilometry długości. Nonsens!”. „Chyba masz rację” - przyznał Borkowski po namyśle.
Wróciłem do Aleksandrii, ale rampy nie dawały mi spokoju. Z każdym dniem nabierałem wątpliwości. No bo wystarczy pomyśleć: aby zawlec bloki na samą górę, rampa musiałaby mieć niewielkie nachylenie i wysokość piramidy. Wyobraźcie sobie rampę o wysokości 150 i długości 3000 metrów! Toż to kolos! Pałac Kultury to przy niej szczeniak. Gdzie podział się materiał, z którego ją zbudowano?
Może zbudowano z niego sąsiednią piramidę?
- Gdyby dwóch kolejnych faraonów się tak umówiło... Ale każdy martwił się tylko o swoją piramidę. Poza tym druga piramida też wymagałaby jakiejś rampy. Toż to błędne koło. Kolejna sprawa to materiał. Z czego niby taka rampa miałaby być zbudowana?
Z kamienia?
- Nie, bo nie ma tych kamieni. Z suszonej cegły? Odpowiedź jak wyżej. Z piasku? Też nie, bo piasek osypuje się pod zbyt małym kątem.
Skoro koncepcję ramp tak łatwo zbić, czemu wciąż cieszy się uznaniem?
- Bo nie miała sensownej alternatywy. Poza tym doczekała się dość pomysłowego wariantu. Chodzi o tzw. rampę okalającą, która otaczała piramidę spiralnie. Miała się wspierać na bokach piramidy jak ranny na barkach sanitariuszy. Za to pochłaniała o trzy czwarte materiału mniej.
Co ma Pan do zarzucenia rampie okalającej?
- Dwie rzeczy: po pierwsze, całkiem zasłaniałaby wznoszącą się piramidę, a więc do ostatniego kamienia nie byłoby wiadomo, czy wszystko idzie zgodnie z planem. Po drugie, nawroty. Piramida ma kształt kwadratowy, a rampa ją oplata. Co się dzieje na rogach? Jak przeciągano przez nie kamienie? Liną nie da się zakręcać. Trzeba ciągnąć na wprost. Zwolennicy ramp odpowiadają, że robotnicy robili zakola. Ale stu robotników tworzyłoby szereg długi na pięćdziesiąt metrów. Zakola musiałyby mieć podobny promień. Na górze piramidy byłyby więc same zakola. Jak w wieży Babel. A więc rampy - owszem, ale do pewnej wysokości. Potem ich wznoszenie staje się irracjonalne.
A cóż racjonalnego jest w piramidach?
- Odmawiacie Egipcjanom racjonalności? To powiedzcie, kto uregulował Nil i podporządkował jego wylewy racjonalnym uprawom roli? Kto zbudował największe obiekty na ziemi, posługując się najprostszymi narzędziami? Kto zorganizował państwo tak, że oparło się wszelkim inwazjom przez 2,5 tys. lat? Kto położył podwaliny pod ekonomię pracy i zarządzania?
Pierwsze wrażenie, gdy zobaczył Pan piramidy.
- Fatalne. Denerwowały mnie.
Dlaczego?
- Byłem świeżo po malarii, osłabiony, zgaszony, otępiały. By poprawić mi nastrój, kolega zawiózł mnie pod piramidę Cheopsa w Gizie. Ledwie wysiedliśmy, obskoczyli nas tubylcy: „Daj bakszysz”, „Kup to”, „Sprzedaj tamto”. Chcę zwiedzać - nie mogę. Jeden wsadza na osiołka, drugi na wielbłąda, trzeci wciska kartki pocztowe, czwarty - skarabeusze, jeszcze inny - monety.
Wreszcie wchodzę do środka. A tam wycieczka szkolna. Wrzask, smród, jakiś chłopaczek nie wytrzymał i sika. Do komory z sarkofagiem wiedzie ciasny tunel, nic ciekawego. Wracam. Wtedy jeszcze można było wejść na szczyt. Ale to 147 metrów! Nie miałem siły ani ochoty. Więc wyszedłem i patrzę: To ma być największa piramida? Taka mała? Do bani.
Byłem rozczarowany, choć wiedziałem, że u podnóża piramidy perspektywa się skraca - wszystko spłaszcza się i kurczy.
Skoro piramidy Pana nie pociągały, to czemu się Pan nimi zajął?
- Fakt, wydały się mi ciężkie, toporne. A moje poczucie estetyki wyniesione z wydziału architektury było całkiem inne: Grecja, Rzym - to było to! Ale im dłużej obcowałem z kulturą staroegipską, tym bardziej zacząłem ją doceniać. W Nubii jedliśmy stary chleb, po którym chodziły karaluchy wielkości palca. Po powrocie oglądałem grobowe malowidła. Ubite woły leżały tam całymi stosami. Tak, żarcie w starym Egipcie było jak religia. Odchodząc w zaświaty, trzeba było się suto w nie zaopatrzyć. Wtedy zacząłem dostrzegać w tej sztuce kult życia. Słoneczny i ludzki.
Piramidy są przecież grobowcami. To kult śmierci.
- A skąd! To był kult życia. Faraon zmieniał się w boga Horusa i szybował ku gwiazdom. W kierunku Oriona. Niektórzy twierdzą, że stamtąd przyszliśmy. Mniejsza o to. Poza tym kult egipski jest bajecznie kolorowy. Barwy przetrwały tysiące lat. Mimo dewastacji. To jak magia.
Raczej pańszczyzna odrabiana przez egipskich chłopów.
- Kiedyś wyobrażano sobie, że piramidy budowali niewolnicy lani batami. Bzdura! To nie był Oświęcim. Budowali je fellachowie - chłopi zobowiązani do prac na rzecz faraona. Nikt ich nie krzywdził. Mieli dobre warunki życia i świetnie zorganizowaną pracę. Opisują to grafiki ze świątyni grobowej faraona Mykerinosa. Dwa „gangi” po 2 tys. osób dzieliły się na 200-osobowe brygady, a te na 20-osobowe drużyny. To przypomina podział pułku na bataliony, kompanie, drużyny i plutony.
I jeszcze jeden mit: mówiono, że faraon miał sto tysięcy robotników. O wiele za dużo. Obecna norma na budowach to sto metrów kwadratowych na jednego robotnika. Więcej się nie zmieści. Budowa to ruch. Będą spadać, a nie pracować. Równocześnie mogło ich tam być najwyżej kilka tysięcy.
Po co faraonom były piramidy? Czemu zadawali sobie tyle trudu?
- Bo w ten sposób władcy starego państwa egipskiego chcieli zapewnić sobie wieczność. Wierzyli, że nieśmiertelny faraon to nieśmiertelny kraj. Chodziło też o pokazanie siły - to zawsze był jeden z motorów napędzających cywilizację. Faraonów chowano w piramidach, a pewnego cesarza chińskiego po śmierci otoczono armią złożoną z ceramicznych żołnierzy naturalnej wielkości.
Jak Egipcjanie wpadli na pomysł budowania piramid?
- Stopniowo. Widać to po piramidzie króla Dżesera. Dżeser miał być pochowany w mastabie. Mastaby to prostokątne budowle o lekko pochylonych ścianach i komorze grobowej pod spodem. W Egipcie było ich pełno. A więc zbudowali mastabę, ale efekt nie zadowolił genialnego architekta - Imhotepa. Któregoś dnia Imhotep mógł powiedzieć królowi: „Wiesz, postawiliśmy ci mastabkę, ale tobie potrzeba czegoś naprawdę okazałego”. I rozkazał mastabę podwyższyć. Jak? Wznieść na niej drugą, mniejszą, na niej następną i tak dalej. Skończył na wysokości 60 metrów. Tak powstała piramida schodkowa w Sakkarze. Działo się to około 2650 roku p.n.e. Później została splądrowana, w efekcie do dziś nie wiadomo, kto był w niej pochowany: Dżeser, jego familia, a może obcy lokatorzy, którzy wmeldowali się w późniejszych czasach.
Następni faraonowie nie chcieli być gorsi...
- ...a jeden z nich - Snofru - kazał sobie zbudować aż trzy piramidy.
Wariat?
- Mam inną teorię - kłopoty z budową. Inżynierowie pracujący dla Snofru pierwsi przekonali się, jak gigantycznym przedsięwzięciem jest budowa piramidy - przeniesienie i ułożenie ponad dwóch milionów bloków, każdy po dwie i pół tony. Nic dziwnego, że z początku nie wszystko im wychodziło. Jednej piramidy w ogóle nie dokończyli. Czemu? Bo - jak sądzę - budowali ją od środka na zewnątrz. To był błąd. Kiedy zrobili środek, zabrakło miejsca na plac budowy. Zrezygnowali.
Druga piramida jest załamana na pewnej wysokości. Do dwóch trzecich boki są nachylone pod większym kątem niż powyżej. Może doszli do wniosku, że wyżej nie dadzą rady, więc czas kończyć?
Udała się dopiero trzecia, dość niepozorna piramida.
Za najdoskonalszą uchodzi ta budowana dla następcy Snofru, Cheopsa.
- Właśnie. Do XIX wieku była to najwyższa budowla na ziemi. Obok niej w Gizie powstały piramidy Chefrena i Mykerinosa, władców tej samej dynastii. Ich zewnętrzne bloki dopasowane są z taką dokładnością, że nie da się wcisnąć szpilki. W VIII wieku Arabowie chcieli je rozbierać. Próbowali z góry - nie mogli. Próbowali z dołu - kamienie spadały im na łeb. I choć pracowali wiele miesięcy - nie wskórali nic. Jako inżynier nie mogłem wyjść z podziwu. Zacząłem się zastanawiać, czy potrafiłbym budować z taką precyzją.
Czy piramidy ewoluowały?
- Tak. Najpierw chodziło o to, by budować je jak najlepiej. Potem - by jak najtaniej. W środku piramid kamień zastąpiono o wiele tańszą, ale i mniej trwałą cegłą. Na wierzchu zrezygnowano z klinowania kamieni między siebie, przez co górne zsuwały się po wyciągnięciu dolnych. Takie piramidy były o wiele mniej trwałe.
Ich ewolucję można pokazać na wykresie. Wyglądałby on tak: krzywa ostro wspina się ku doskonałości - od piramidy Dżesera do piramid Snofru, Cheopsa i Mykerinosa. Potem łagodnie opada, bo wszystkie kolejne były coraz mniejsze i gorsze.
Dlaczego piramidy budowano w Egipcie tylko przez 500 lat?
- Bo okazało się, że mimo rozmaitych labiryntów i pułapek nie są one bezpiecznym miejscem pochówku. Zamiast odstraszać - zaczęły przyciągać amatorów łatwego łupu. Większość została ograbiona wiele razy. Dlatego za czasów tzw. Nowego Państwa władców chowano w grobach drążonych w skale. Długie na 200 metrów korytarze plombowano i zasypywano rumowiskiem skalnym. Chodziło o to, by nikt ich nie znalazł. Dlatego do dziś poszukuje się nieodkrytych jeszcze grobów.
Był jeszcze inny powód: ekonomiczny. Budowa piramid miała trzy niekorzystne następstwa. Odbywała się ze szkodą dla plonów, bo zajęty budową chłop zaniedbywał pole. Ze szkodą dla innych, wstrzymywanych przez piramidę inwestycji, jak np. systemy irygacyjne. Wreszcie ze szkodą dla bezpieczeństwa państwa, bo zamiast karmić zastępy robotników, można było utrzymać za to armię i przy jej pomocy rozszerzać imperium.
Czy Egipcjanie byli dumni z piramid?
- Uznawali je za cud świata. Tysiąc lat później władcy Nowego Państwa zlecili ich konserwację. Sami mieli groby w Dolinie Królów, nad którą wznosi się góra o kształcie... piramidy.
W jaki sposób polscy archeolodzy znaleźli się w Egipcie?
- Dzięki rewolucji. Jest rok 1952 r. Żywiący sympatie proradzieckie pułkownik Gamal Abdel Naser chce uniezależnienia Egiptu od państw zachodnich. Przeprowadza rewolucję. Ale nie krwawą i tępą jak obuch sowieckiego młota. Obalonego króla Faruka nie postawiono pod ścianą - pozwolono mu wsiąść na jacht i spokojnie odpłynąć.
Nacjonalizacja Kanału Sueskiego godzi w interesy Zachodu. By go „odbić”, Anglia i Francja przeprowadzają desant. Nieudany. W odwecie zachodni specjaliści zostają odesłani do domu. Ale egipskim oficjelom zależy na naukowcach legitymujących ich nowe rządy. Nadzór nad zabytkami obejmuje Sarvat Okasha, władający trzema językami absolwent Oksfordu. Zaprasza specjalistów z Bloku Wschodniego, w tym Polski.
Metalurgów, ekonomów... Ale archeologów?
- Gigantomania Nasera okazała się śmiertelnym zagrożeniem dla egipskich zabytków. Wzdłuż górnego Nilu stało mnóstwo świątyń, które po wybudowaniu tamy asuańskiej zalałaby woda. Miało tam być jezioro długie na 500 km. Naser chciał być wielki. Chciał wielkiej tamy i jeziora. Ale... miał swój rozum. Mimo poparcia ZSRR i obecności 40 tys. radzieckich ekspertów w Egipcie bał się skandalu. Wpuścił więc archeologów, by ratowali, co się da. Kazimierz Michałowski był jednym z pierwszych.
Dlaczego akurat on?
- Znał Egipt i jego tam znano. Poza tym był zdolny i miał szczęście. Został profesorem, nim dobił trzydziestki - jeszcze przed wojną. Potem uczestniczył w kampanii wrześniowej, trafił do niewoli.
W 1962 r. zabrał do Egiptu inżynierów architektów - Leszka Dąbrowskiego, Antoniego Ostrosza, Tomasza Mrówkę i mnie. Robiliśmy to, co przy przenoszeniu skansenów w Polsce. Rozbieraliśmy świątynie na bloki, numerowaliśmy je, by potem złożyć je w nowym miejscu.
Najtrudniejsze było przeniesienie świątyń Ramzesa II w Abu Simbel. Wydrążono je w drugim tysiącleciu p.n.e. w skale ściany wąwozu, którym płynął Nil. U wejścia wyrzeźbiono cztery posągi faraona, każdy o wysokości przeszło 20 metrów. Świątynie trzeba było przenieść wraz z górą.
Przenieśliście górę?
- Dokładnie. Pocięto ją i przeniesiono na pustynię. Teraz stoi samotnie na szczycie urwiska wychodzącego na Jezioro Nasera. Wąwóz zalała woda.
Nie mniejszą pomysłowością popisali się eksperci ratujący świątynię Amada - ściśnięto ją stalowymi klamrami, podniesiono niczym pudełko, postawiono na ogromnej platformie kolejowej i przewieziono po torach. Stoi teraz dwa kilometry w głąb pustyni.
Prof. Michałowski uratował także freski w Faras.
- W leżącym tuż za granicą z Sudanem Faras profesor odkopał słynną dziś na cały świat katedrę - a w niej freski i inskrypcje.
Faras było stolicą jednego z trzech królestw chrześcijańskich, które powstały we wczesnym średniowieczu wzdłuż Nilu. Choć oparły się islamowi, w Europie niewiele o nich wiedziano. Freski i inskrypcje znalezione przez profesora szalenie wzbogaciły wiedzę o tym okresie. Niektóre można oglądać w naszym Muzeum Narodowym, jak choćby św. Anna z palcem na ustach - zwana „Moną Lizą z Warszawy”. Samą katedrę w 1964 r. zalały wody Nilu.
Faras było największym odkryciem Polaków?
- Jednym z większych. Zmieniło opinie historyków o królestwach w Nubii. Nie zdawali sobie sprawy z tego, że stały na tak wysokim poziomie. Freski pokazały, jaka była w nich organizacja, hierarchia, jak się ubierano, z kim utrzymywano kontakty.
Na równi stawiam jednak odkrycie świątyni Totmesa III z drugiego tysiąclecia p.n.e. w Deir el-Bahari w pobliżu Teb, dawnej stolicy faraonów. Archeolodzy szukali jej przez dziesiątki lat. Ale w 1962 roku to my ją znaleźliśmy - architekci. Po obu stronach stały wcześniejsze świątynie Mentuhotepa II oraz królowej Hatszepsut. Mieliśmy je rekonstruować, a nie cokolwiek odkrywać.
Jak traktowali Was Egipcjanie?
- Bardzo życzliwie. Po części dlatego, że nie nosiliśmy kasków.
Kasków?
- Tak, korkowych kasków, które Egipcjanie traktowali jak symbol brytyjskiego imperializmu. Źle im się kojarzyły. Jak nam niegdyś swastyka czy sierp i młot. Kiedy po kilku latach poluzowano restrykcje wobec Zachodu i Brytyjczycy wrócili do Egiptu - wzięli z nas przykład i porzucili kaski.
Poza tym staraliśmy się okazywać Egipcjanom szacunek. Z każdym robotnikiem witałem się osobno. Powtarzałem im, że najważniejszy jest człowiek. Poleciłem, by natychmiast meldowali mi o każdym wypadku. Słowem, dawałem do zrozumienia, że są tyle warci ile my.
Doceniali to?
- Och! Gdyby nie ich przychylność... Taki przykład: powinienem być w Asuanie najdalej jutro. Nie ma dróg, nie ma samochodów, a jest 300 kilometrów do przebycia. Mógłby mnie zabrać statek-poczta, ale... dopiero za tydzień. Naraz znajduje się paru życzliwych: „Basz Mohandys, bokra sobch jusafyr garrar fel Assuan. Panie inżynierze, jutro rano płynie holownik do Asuanu. Może być?”. „No jasne” - odpowiadam. I kiedy przepływa, krzyczą: „Aaahmeeed, Aaahmeeed!”. Wtedy łódź zakręca i dobija do brzegu. "O co chodzi?" - pyta kapitan. Życzliwi pokazują na mnie i mówią: „Mohandes chce do Asuanu”. A on: „Proszę!”. Więc wsiadam i płynę. Nie ma sprawy. Ale jak kogoś nie lubią... To niech go diabli wezmą! Mógłby sobie krzyczeć z brzegu i nikt by palcem nie kiwnął.
Myślę, że profesor Michałowski osiągnął tyle, bo znał się na ludziach. Wiedział, jak z Egipcjanami rozmawiać. Dlatego dostał koncesje na wykopaliska w Aleksandrii - proszę sobie wyobrazić: cztery hektary w samym centrum! To tak, jakby komuś dać do dyspozycji plac Defilad w Warszawie.
Jak mu się to udało?
- Naserowi nie podobał się napoleoński fort w Aleksandrii używany w czasie wojny przez aliancką artylerię przeciwlotniczą. Irytowało go, że tak ostentacyjny symbol imperializmu stoi sobie w środku dużego egipskiego miasta. Kazał go natychmiast rozebrać. Wtedy pojawił się Kazimerz Michałowski. I choć w sumie był w Aleksandrii może ze dwa tygodnie, nic tam nie działo się bez jego wiedzy. A działo się sporo. Najpierw odkryto coś, co wyglądało na manufakturę arabską z VI czy VII wieku naszej ery. Ale im bardziej przyglądałem się wykopaliskom, tym większej nabierałem pewności, że owa manufaktura to w istocie o kilka wieków starszy fragment łaźni cesarskich.
Co na to profesor Michałowski?
- Z początku nie wierzył. „Wykop mi więcej argumentów” - powtarzał. Ponieważ w takich łaźniach były jadalnie, latryny, a nawet teatry, biblioteki i przedszkola, chcieliśmy za wszelką cenę kontynuować pracę. Niestety, Egipcjanie postanowili wznieść tam biurowiec. Zaczęli budować fundamenty. Wbili 360 11-metrowych pali i połączyli je żelbetowym rusztem. Los wykopalisk był przesądzony. Nie mogłem się z tym pogodzić. Przychodziłem na pogaduszki i herbatę do egipskich inżynierów. Pewnego dnia za ich plecami dostrzegłem półokrągłą ścianę. Przyjechał Michałowski, spojrzał i powiedział: - To teatr - odkrycie wysokiej klasy. Trzeba natychmiast wstrzymać budowę!
Udało się?
- Walka trwała rok. Pomogła nam aura, a ściślej katastrofa budowlana wywołana ulewą. Podmyty fundament przewrócił się, odsłaniając resztki antycznych pomieszczeń. Wtedy Egipcjanie stwierdzili: „Ależ oczywiście, panie profesorze, przerywamy budowę! Najważniejszy jest teatr”.
Przed wyjazdem interesował się Pan Egiptem?
- A skąd! Nie miałem o nim pojęcia. Trzy wykłady na pierwszym roku - bo tyle prof. Chryniewiecki potrzebował na uporanie się z historią Egiptu - nie wystarczyły. Byłem kompletnie nieprzygotowany.
To jakim cudem Pan tam trafił?
- Dzięki państwu Syrkusom. To oni polecili mnie prof. Michałowskiemu. Helena i Szymon Syrkusowie projektowali przed wojną Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową. Robiłem u nich dyplom. Miałem opinię dobrego studenta. Włoski architekt Pier Luigi Nervi przyznał mi nawet stypendium Forda. To była duża szansa, ale... pojechał ktoś inny.
Liczyło się też doświadczenie, jakie zdobyłem w Wiślicy. To tam odkryto rotundę - kaplicę z X-XI wieku - oraz słynną „płytę wiślicką” z rodzinnym portretem Piastów z XII wieku. W Wiślicy pracowałem jako inwentaryzator. A pracować wtedy musiałem dużo.
Rodzina nie pomagała?
- Nie mogła. Jak w wielu innych domach na Zamojszczyźnie tak i w moim piszczała bieda. W Warszawie nie znałem nikogo. Nie należałem do ZMP [Związek Młodzieży Polskiej to stalinowska organizacja w komunistycznej Polsce – red.]. Miałem tylko skromne stypendium za wyniki w nauce. Musiałem dorabiać. Pracowałem więc, gdzie się dało. Stąd ta Wiślica.
Nie wahał się Pan jechać taki kawał do Egiptu?
- Akurat znalazłem dobrze płatną robotę w Łodzi. Ale proszę mi wierzyć... Łódź wysiada przy Egipcie. W decyzji pomógł mi nieżyjący już wtedy ojciec.
Jak to?
- Mam na myśli sposób, w jaki mnie wychował. W 1920 roku walczył nad Wieprzem, a w 1939 - pod Kockiem. Sowieci wzięli go do niewoli. Szybko przekonał się, czym pachnie komunizm. W 1945 roku jego pokolenie i następne znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Zawalił się cały nasz świat. Nie miałem wrażenia, że porzucam ojczyznę. To ona zniknęła. Dlatego łatwiej było mi wyjechać.
Pamięta Pan, jakie wrażenie zrobił na Panu Egipt?
- Podziałał na mnie jak balsam. Choć teoretycznie nie było powodów do radości: miałem 26 lat i 300 robotników do dyspozycji. Na pustyni byłem jedynym Europejczykiem, nie umiałem po egipsku, świątynie widziałem pierwszy raz w życiu. Ale to był inny świat niż szara i przaśna Polska lat 60. Niewiarygodnie egzotyczny - strojem na ulicy była piżama. No i galabije. W garniturach chodzili tylko bogaci. Zamiast samochodów muły, osły, konie. Mieli też bezchmurne, wiecznie niebieskie niebo...
Mieli?
- Tak, bo wszystko zmieniła tama Nasera. Kiedy pustynię pokryła woda - powietrze stało się wilgotne. Pojawiły się chmury. Zaczęły padać ulewne deszcze. Wcześniej tego nie było.
A ludzie?
- Ujęła mnie życzliwość Egipcjan. W porównaniu z Polakami... Co tu dużo gadać, Polacy byli gburami. Ale potem i Egipcjanie zmienili się na minus. Teraz liczą się tylko bogaci. Biedni potrafią nachalnie prosić o bakszysz. Wiadomo - siła dolara. Widzą turystów obwieszonych aparatami, mają ziomków dorabiających się na Zachodzie. Zrozumieli, że są biedni. Islam mówi: oszukać innowiercę w sklepie to nie grzech, ale brata w wierze - nie wolno.
No właśnie, czy traktowali Pana jak innowiercę?
- Jak muzułmanina. Nie widzieli, abym robił coś, czego zabrania islam: upijał się czy jadł w czasie postu. Wbrew pozorom żadna religia nie dzieli, bo żadna nie nawołuje do zła. Pomagali mi zwykli nieznajomi ludzie. Może dlatego, że nie robiłem draństw. Mam zasadę - nie dążyć po trupach do celu, bo to pewna katastrofa. To jak ze złotą klamką. Ciągnie pana do niej, odsuwa pan innych i naciska, a za drzwiami... ustęp.
Jest Pan wierzący?
- Tak i wiem, że w Polsce zawsze miało to podtekst polityczny. Tam socjalizm nie negował religii. U nas przymiotniki „partyjny” i „religijny” rozdzielono słowem „albo”.
Miał Pan dylemat?
- Nie, ale propozycję wstąpienia do partii owszem. Złożył mi ją nasz ambasador. „Nie nadaję się, jestem wierzący” - odpowiedziałem. Na co on: „Nie szkodzi. PZPR to partia masowa. Nie musi pan zajmować kluczowych stanowisk”.
Wtedy pomyślałem: skoro nie mam dostępu do kluczowych stanowisk, to na cholerę mi taka partia?
Czego potrzeba do odkrycia - wiedzy czy szczęścia?
- Prof. Michałowski mówił, że z ludźmi, którzy nie mają szczęścia, współpracuje niechętnie.
Pan je miał?
- Hm... wie pan, jest pewna droga prowadząca do odkrycia. Pamiętam, jak prof. Andrzej Daszewski zaprosił mnie na wykopaliska do Pafos na Cyprze. Odsłanialiśmy tam willę późnorzymską. Nic specjalnego. W gmatwaninie murków tylko jedno regularne pomieszczenie. Dalej korytarz, a w narożniku resztka mozaiki. Mówię: „Według zasad architektury antycznej powinno się szukać na osi tego pomieszczenia. Nie trzeba odsłaniać wszystkiego - tylko pasek 20-centymetrowej szerokości. I tylko do miejsca, w którym skończy się mozaika”. Wystarczyło postawić dwóch ludzi, jednego z koszem, drugiego z motyką. Po dwóch dniach pasek się skończył. No to zakręcamy, jedziemy dalej i znajdujemy co? Tezeusza walczącego z Minotaurem. Jedną z najsłynniejszych mozaik antycznych.
Intuicja?
- Chyba tak. Uważam, że człowiek kieruje się rozumem w mniejszym stopniu, niż mu się wydaje. Taki przykład: Idziemy do lasu i mówię do żony: „Tereniu, tu nie ma grzybów!”.
I nie ma?
- Nie ma. Podobnie z archeologią. Do wykopalisk trzeba się przygotować. Sprawdzić, czy to, czego szukamy, zostało opisane w starożytności. Potem idziemy w teren zobaczyć, co leży na wierzchu: gruz, skorupka czy kozie bobki. A potem robimy wykop i... nic. Okazuje się, że narożnik budynku był 20 cm dalej. Czego zabrakło? Wiedzy, uporu, umiejętności kojarzenia? Nie, po prostu nosa.
Można też pójść do geofizyka, który „prześwietli” ziemię. Ma urządzenia wysyłające impulsy. Glina i piasek odbijają je inaczej, a kamień i drewno inaczej. Geofizyk widzi te różnice i mówi: „No proszę, tu coś jest!”. Niestety, pewności nie ma. Bo gruz tak samo odbija impulsy jak ściana podziemnego obiektu.
Po co archeologowi architekt?
- Nie wie pan? Archeolog ma kłopot z wbiciem gwoździa (śmiech). A na serio - w Egipcie do współpracy z architektem zmusza go prawo wykopaliskowe. Nie wolno odkopać obiektu i go zostawić. Archeolog straciłby koncesję. Deszcze, wiatry, gradobicia mogłyby obrócić zabytek w kupę gruzu. Architekt ma do tego nie dopuścić.
Jak?
- Zabytki można rekonstruować tylko z oryginalnych elementów. Jeśli stoi kolumna i brakuje jej zwieńczenia, to nie wolno go dorabiać. Co innego, gdy brakuje dolnej części kolumny. Aby ją postawić, potrzeba nowego materiału. Wtedy to nie grzech.
Czasami zabytków się nie konserwuje, lecz... zasypuje. Oto przykład z Aleksandrii. W 1972 roku odkryliśmy mozaiki w willach z I-II wieku n.e. Ładnie zachowane i wartościowe. Zostały sfotografowane, narysowane i zasypane. Dlaczego? Bo były na dnie najgłębszego wykopu. Byle deszcz zalałby je i zniszczył. A po zasypaniu czystym piaskiem nic się mozaice nie stanie.
Czy dużo jest zasypanych zabytków?
- Bardzo dużo. Wiedzą o nich tylko ludzie zajmujący się archeologią. Do mozaik w Aleksandrii wróciłem po latach. Wystąpiłem do Amerykańskiego Centrum Badań, by przyznali mi pieniądze na pawilon. Odparli, że mają je tylko dla Egipcjan lub Amerykanów. Mówię: „Misja będzie polsko-amerykańsko-egipska”. Zgodzili się. Wziąłem inżyniera Egipcjanina, fotografa Amerykanina, archeologa Polaka. Odkopaliśmy mozaiki, zakonserwowaliśmy, zrobiliśmy pawilon i wpuściliśmy turystów. Wszyscy byli zadowoleni.
Historia egipskich odkryć przeplata się z rabunkami. Dzieła sztuki wywozili Europejczycy.
- Do niedawna istniał podział zabytków - z francuska określany jako partage. Odkrywca mógł ubiegać się o część znalezisk. Na przykład Holendrzy za ratowanie zabytków Nubii dostali... małą świątynię. Wywieźli kupę kamieni, którą u siebie złożyli. Gdy prof. Michałowski rozpoczynał prace w Egipcie, było to na porządku dziennym. W ten sposób Polacy dostali koptyjsko-bizantyńskie freski, które odkryli w Faras.
Są w Muzeum Narodowym w Warszawie i w każdym polskim podręczniku do historii. Czy nie byłoby lepiej, gdyby pozostały w Afryce?
- Dziś partage jest zabroniony. Można odkrywać i publikować, ale nie wolno wywozić. Jak każdy kraj Egipt chce zaistnieć i być ważny. Ale to szerszy problem. Jeśli pojedzie pan do Metropolitan Museum w Nowym Jorku, Luwru w Paryżu czy innego wielkiego muzeum, zobaczy pan ogromną ilość naszabrowanych zabytków. W porównaniu z nimi nasze Muzeum Narodowe wypada blado. W XIX wieku robiliśmy kolejne powstania, aby odzyskać niepodległość. Inni zwozili zabytki z Egiptu lub Grecji. Niemcy przywieźli do Berlina ołtarz pergameński, monumentalny ołtarz Zeusa z II wieku p.n.e. z Azji Mniejszej. Brytyjczycy zabrali do Londynu rzeźby z Akropolu w Atenach. Są teraz w British Museum, a Grecja żąda ich zwrotu.
Czy przetrwałyby, gdyby ich nie wywieziono?
- Pewnie nie. W XVII wieku Akropol wyleciał w powietrze, a do XIX wieku Grecja była pod panowaniem tureckim. W czasie II wojny światowej na Polskę spadały bomby, spłonął Zamek Królewski. Może gdyby część eksponatów wywieziono tak jak z Akropolu, to ocalałoby więcej?
Egipcjanie od zawsze szukali skarbów w piramidach, rabowali je, wywlekali mumie. Jak jest teraz? Czy za dolary można kupić zabytki?
- Zdarzają się dzikie wykopaliska. Dochodziło do kradzieży w biały dzień. Zmieniają się z tego powodu dyrektorzy w muzeach. Jak choćby dyrektor Muzeum Kairskiego - mój bliski znajomy. Wywalili go, bo wynieśli mu broszkę z galerii Tutenchamona. Potem wrócił.
A broszka?
- Też wróciła. Najpierw ona, potem on.
Często się coś takiego zdarza?
- Jak ktoś chce utrącić pracownika, to mu robi sfingowane złodziejstwo. W jednym z muzeów dyrektor wyrzucił podwładnego, bo z gablotki zginęły złote monety. Przyjechał prokurator, zaczął przesłuchania. Pyta posądzonego, gdzie monety, a ten mówi, że u dyrektora: w tej szufladzie, w tym biurku. Ktoś mu doniósł, bo jak wiadomo, ściany mają uszy. Prokurator komisyjnie otworzył szufladę i... faktycznie, monety były.
Kiedy zaczął Pan badać jak budowano piramidy?
- Kiedy... Ech, pomyślicie, że jestem wariat... No dobrze: to było w kwietniu 1993 roku. Śni mi się, że wydaję komendy robotnikom, buduję piramidę. Trzymam małe widełki - prowadnicę liny. Budzę się, jest czwarta rano, notuję. Dwa dni potem jestem na wykładzie w Instytucie Niemieckim w Kairze. Pokazują slajdy z przedmiotami odkrytymi w piramidzie Cheopsa. Na jednym z nich widzę co? Widełki! Takie same jak ze snu. Musiałem się uszczypnąć! Dowiedziałem się, że w 1887 roku znalazł je brytyjski inżynier Dickson. Kiedy badał ściany komory królowej, w pewnym miejscu wypukał pustkę. Skruszył ją łomem i natknął się na dwa wąskie kanały. Chciał sprawdzić, dokąd prowadzą. Wpuścił w nie żelazne sztangi, nakręcane jedna w drugą. Po 57 metrach sztangi utknęły.
Po co kanały w piramidzie? Do wentylacji?
- Nie, bo nie mają ujścia na zewnątrz. Niemieccy badacze uważają, że była to droga Cheopsa do nieba. A wyciągnięty z kanałów przedmiot to ich zdaniem dłuto, którym miał otworzyć sobie przejście. Śmiać mi się chce. Ja wiem, że to prowadnica, a nie żadne dłuto. Bo wtedy staje się jasne, co robią miedziane haki w ściankach kanału, i dlaczego kanały wychodzą z komory królowej poziomo, a potem zakręcają. O haki można było zaczepić liny, a kanały załamywały się po to, by nie można było do nich zajrzeć. Wniosek? Kanał musi kończyć się skrytką. Kiedy Niemcy sfilmowali jego wnętrze, odkryli na końcu płytę z uchwytami. Myślę, że jest ruchoma. A co za nią? Na przykład rulon ze wskazówkami dla Cheopsa, którędy ma iść do nieba. Coś jak księga umarłych.
Nie można otworzyć skrytki?
Dotąd nikt tego nie zrobił. Ale lada dzień Amerykanie spróbują zbadać za pomocą miniaturowego robota i superczułego radaru, co jest po drugiej stronie. Ten moment ma być transmitowany przez National Geographic Channel 17 września. Zobaczymy, co znajdą [przedsięwzięcie zakończyło się niepowodzeniem i niczego nie znaleziono – red.].
Kanały i skrytka spowodowały, że zaczął się Pan zastanawiać, w jaki sposób budowano piramidy?
- W każdym razie podsunęły mi rozwiązanie. Utwierdziły w przekonaniu, że budowano je od zewnątrz do środka. Sądzę, że rulon włożono do skrytki z komory królowej. A skoro tak, to komora nie mogła być jeszcze skończona. Dopiero potem zbudowano jej ściany - blokując kanały. Zgodnie z tym, co sugeruje Herodot, pusty środek piramidy zostawiono „na deser”.
Przyjechał Pan na stałe do Polski po prawie 40 latach pracy w Egipcie. Ciągnie tam Pana z powrotem?
- Jasne. Im dalej jestem od Egiptu, tym bardziej go idealizuję. Czuję, jak bardzo mi służy. Bo wiecie, jestem dość nerwowym i gwałtownym człowiekiem. A w państwie faraonów ogarnia mnie pewien rodzaj rezygnacji. To wentyl, przez który upuszczam złe emocje. Ludzie mają tam taki cudowny dystans do wszystkiego. Nauczyłem się od nich tego dystansu, ale tu, nad Wisłą, gubię go. Co i raz zalewa mnie krew. A w Egipcie... Ech...
***
HISTORIA STAROŻYTNEGO EGIPTU
3100 p.n.e. Zjednoczenie Górnego i Dolnego Egiptu pod rządami króla Narmera. Powstaje pismo obrazkowe - hieroglify.
2650 p.n.e. Budowa piramidy schodkowej króla Dżesera - pierwszej egipskiej piramidy. Zaprojektował ją królewski doradca Imhotep - architekt i lekarz. W budowlach zaczyna się powszechnie stosować kamień.
2575-2150 p.n.e. Stare Państwo Egipskie - pierwszy okres świetności starożytnego Egiptu. W Gizie powstają największe i najsłynniejsze piramidy faraonów: Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa. Wielki Sfinks w pobliżu piramid otrzymuje twarz faraona Chefrena. Okres ten kończy się chaosem: walką o tron, nieurodzajem i wielkim głodem.
1975-1640 p.n.e. Średnie Państwo - ponowne zjednoczenie. Podbój Nubii i przesunięcie granic Egiptu na południe. W końcu tego okresu władzę w północnym Egipcie przejmują Hyksosi, lud z wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnego.
1539-1075 p.n.e. Nowe Państwo - Egipt osiąga szczyt potęgi i zamożności pod rządami faraonów rezydujących w Tebach (współczesny Luksor). Groby władców są kute w skale w pobliskiej Dolinie Królów, już nie buduje się piramid. Wschodnie granice kraju dochodzą do Eufratu, daniny składa Babilon.
1353-1336 p.n.e. Faraon Echnaton odrzuca państwowy kult boga Amona i zaczyna czcić nowe bóstwo Atona. Buduje nową stolicę Amarnę, dokąd przenosi się z Teb. Następcy Echnatona powracają jednak do starej wiary. Jednym z nich jest Tutenchamon, młodziutki faraon, który nie zasłużył się niczym szczególnym. Stał się znany dopiero w 1922 r., gdy odkryto jego grób z pełnym wyposażeniem.
1213 r. p.n.e. Ramzes II Wielki toczy wojny z Hetytami, ludem z Azji Mniejszej. Zatrzymuje ich ekspansję i zawiera z nimi pokój.
1075-715 p.n.e. Władza przechodzi w ręce cudzoziemców - głównie Libijczyków. Jeden z nich król Szeszonk ok. 945-925 p.n.e. dokonuje spektakularnych podbojów na ziemiach obecnego Izraela.
552-332 p.n.e. Egipt zostaje podbity przez Persów i staje się częścią ich imperium.
332-323 p.n.e. Egipt podbija Aleksander Wielki, zakłada Aleksandrię - jedno ze wspanialszych miast starożytności.
311-30 p.n.e. Ptolemeusz, jeden z generałów Aleksandra Wielkiego, zakłada dynastię rządzącą Egiptem. Stolicą staje się Aleksandria. Ostatnią królową jest Kleopatra, która podporządkowuje się Imperium Rzymskiemu.
<CS_ADHUB>
POLITYKA PRYWATNOŚĆI
REPORTAŻE