JAN LUBOMIRSKI-LANCKOROŃSKI: ZAMKNĘ SEJM NA KLUCZ
(CZYLI ARYSTOKRACJA WRACA DO GRY)
Michał Matys
Książę Jan procesuje się o grunt, na którym Sejm buduje swój nowy gmach. Próbował ugody, ale Kancelaria Sejmu nie chce z nim rozmawiać
(reportaż został opublikowany w „Gazecie Wyborczej” - w magazynie „Duży Format”, 8 maja 2017 r.)
Na poddasze dojeżdża winda. Klucz do niej mają tylko książę i jego sekretarka. Inni muszą wysiąść na szóstym piętrze i wejść schodami. Aby niepożądany gość nie miał wątpliwości, schody są zagrodzone, a kartka głosi, że wstęp jest wzbroniony.
Poddasze na siódmym piętrze to inny świat. Prowadzą do niego masywne dębowe drzwi, które ocalały ze zrujnowanego pałacu w Kruszynie koło Częstochowy. Przejście przez nie to jak podróż w przeszłość - do dawnej posiadłości książęcej. Na ścianach portrety hetmanów, marszałków, wojewodów. Kominek z mieczem i pistoletem sprzed stuleci.
Książę Jan Lubomirski-Lanckoroński jest też jak wyjęty z innej epoki. 39 lat, prawie dwa metry wzrostu, starannie przycięta bródka oraz garnitur od najlepszego krawca z kolorową poszetką - prostokątną chusteczką w kieszonce. Erudyta o nienagannych manierach. Zaprasza na sofę i częstuje herbatą w srebrnej zastawie. O teraźniejszości przypomina jedynie panorama Warszawy za wielkim oknem. Z kamienicy na wiślanej skarpie rozciąga się widok na Starówkę i nowe apartamentowce na Powiślu. Książę kupił kamienicę, wyremontował i wynajął na biura. Na poddaszu urządził sobie gabinet.
Jan Lubomirski-Lanckoroński inwestuje w nieruchomości. W 2008 roku założył firmę Landeskrone, która działa w pięciu największych miastach Polski. Remontuje kamienice, buduje biurowce i apartamentowce. Jego inwestycje i projekty już można oszacować na ponad 100 mln zł. Czy uda się mu powrót do potęgi i znaczenia, jakie mieli przodkowie?
- Ma pan aspiracje, aby stać się magnatem biznesmenem jak pana przodkowie? - pytam.
- Trudno nawet marzyć. To inne czasy i możliwości - książę uśmiecha się skromnie.
Pałac Kijka i Pupusia
Książę procesuje się o zwrot gruntów przed Sejmem w Warszawie. Dziś to trawnik i połowa parkingu sejmowego u zbiegu ulic Wiejskiej i Matejki.
- To była duża działka, na której stał dom mojego dziadka Stefana i jego brata Eugeniusza. Pomieszkiwali w nim, gdy przyjeżdżali do stolicy - opowiada książę. - Na dziadka mówiono „Kijek”, bo był chudy. Na wuja Eugeniusza „Pupuś”. Nie wiem dlaczego, bo miał potężną posturę. Został wojskowym - adiutantem generała Władysława Andersa.
Podczas powstania warszawskiego pałac przed Sejmem został zburzony. W 1945 roku grunty po nim zabrali komuniści - prezydent Bolesław Bierut wydał dekret o nacjonalizacji wszystkich prywatnych działek w stolicy. Pod koniec lat 90. rodzina zgłosiła roszczenia do gruntów po pałacu. A w 2009 roku władze Warszawy zgodziły się oddać trawnik i połowę sejmowego parkingu. Ale Kancelaria Sejmu zaskarżyła tę decyzję i książę otrzymał tylko trawnik.
Kancelaria broni parkingu, bo zaplanowała, że postawi tam nowy budynek dla parlamentarzystów - przeznaczony na obrady komisji. Za blisko 100 mln zł. Wprawdzie budynek zajmie drugą połowę parkingu, ale zahaczy o tę część, na której stał pałac Lubomirskich.
Sejm nie chce magnata za ścianą
Jan Lubomirski-Lanckoroński zaproponował Sejmowi kompromis: „przez ścianę” z nowo powstającym budynkiem sejmowym zbuduje własny gmach. Podzieli go na dwie części. W jednej będzie muzeum polskiego parlamentaryzmu oraz rodziny Lubomirskich (- Mieliśmy w rodzinie dwudziestu paru posłów i senatorów, kilku marszałków Sejmu - podkreśla). W drugiej - biurowiec, który zarobi na utrzymanie muzeum.
- Ponad trzy lata temu rozmawiałem o tym z przedstawicielami Kancelarii Sejmu. Wydawało mi się, że sprawę uda się rozwiązać w korzystny sposób dla obu stron. Ale usłyszałem: "No wie pan! Jak to będzie wyglądało? Będziemy połączeni budynkami" - opowiada. Zaproponował więc, aby wymienili się gruntami.
- Siedzieliśmy w pomieszczeniu z oknem, przez które widać było pomnik AK, a za nim zieloną trawę. Zapytałem, do kogo należy ta działka. Gdy odparli, że do Sejmu, zaproponowałem: „Panowie, nie róbmy sobie przykrości! Oddam wam moją działkę, a wy przekażecie mi taką samą za pomnikiem. Wybuduję tam muzeum” - relacjonuje. Uścisnęli sobie dłonie, myślał, że się dogadali.
- Okazało się, że urzędnicy nie mieli takiej chęci. Chodziło tylko o to, abym nie blokował im pozwolenia na budowę. Gdy je dostali, przestali ze mną rozmawiać. Pisałem pisma, prosiłem o spotkania - ignorowali to - oburza się książę. - Diabli mnie wzięli! W biznesie zdarza się, że jeden oszuka drugiego. Ale ja poczułem się oszukany przez przedstawicieli Sejmu, w którym tworzone jest prawo! Potraktowano mnie bezpardonowo. Że tak powiem, kopniakiem.
Chociaż pamiątki pokażcie
Zanim Sejm zaczął budowę nowego gmachu na początku 2016 roku, do pracy przystąpili archeolodzy. W Polsce obowiązuje prawo, że muszą zbadać teren pod każdą budowę. A nowy gmach będzie miał dwie podziemne kondygnacje i chodnik pod ulicą Wiejską prowadzący do obecnych budynków parlamentu.
- Poprosiłem, by pozwolili mi zobaczyć, co wykopią. Tam mogą być rodzinne pamiątki ze zburzonego pałacu. Odpisano mi, że to, co było w ziemi tyle czasu, należy do skarbu państwa. I zakończono korespondencję - skarży się książę.
Szefowa Kancelarii Sejmu Agnieszka Kaczmarska nawet nie odpowiedziała na moją prośbę o rozmowę. Z Biurem Prasowym Sejmu, teraz Centrum Informacji Sejmu, korespondowałem przez trzy tygodnie. Przez pierwszy tydzień milczało jak zaklęte. W drugim tygodniu urzędniczka, która odebrała telefon, błagała, abym... nie podawał jej nazwiska. W końcu otrzymałem e-mail bez podpisu: „Sporu nie można rozwiązać polubownie, ponieważ Kancelaria Sejmu i Jan Lubomirski-Lanckoroński nie pozostają w jakimkolwiek sporze”.
Anonimowy pracownik informował również, że jedyne porozumienie z księciem „wynikało z potrzeb technologicznych rozpoczynającej się budowy” i uzgodniono „kwestie sąsiedzkie, w tym sprawę wycinki drzew rosnących na granicy”.
W kolejnym e-mailu zapytałem mojego anonimowego rozmówcę, że skoro Sejm nie toczy sporu z księciem, to dlaczego zaskarża i oprotestowuje decyzje władz Warszawy, które chcą mu zwrócić grunty. W odpowiedzi przeczytałem, że Kancelaria Sejmu ma „pełne prawo do ochrony swojej własności (...). Są to jednak sprawy pomiędzy Kancelarią Sejmu a prezydentem Warszawy”. W domyśle: mnie nic do tego.
Jan Lubomirski-Lanckoroński jest pewny, że wygra w sądzie.
- To potrwa jeszcze rok, może półtora. Rozumiem, że będę mógł wtedy wejść do nowego budynku sejmowego i zamknąć go na klucz - kpi.
Piotr Szymon Łoś z Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego: - Ta sprawa doskonale pokazuje polityczną niechęć do reprywatyzacji oraz dawnych właścicieli.
Hetman ocenzurowany w „Potopie”
Książę Jan to potomek jednego z najstarszych polskich rodów. Jego wielka kariera zaczęła się już za Mieszka I. Przodkowie Lubomirskich osiedlili się w Małopolsce nad rzeką Szreniawą, wpadającą do Wisły i zbrojnie zwalczali pogan. Na proporcach, hełmach i tarczach rycerzy historycy rozpoznali ich herb: białą literę „S” na czerwonym polu (według jednej teorii to zakola rzeki Szreniawy, według drugiej - zakrzywiona laska, średniowieczny symbol władzy).
Nazwisko „Lubomirscy” przyjęli w XV wieku od nazwy miejscowości Lubomierz.
Potęgę rodu zbudował Sebastian Lubomirski. W 1581 roku dostał w zarząd od króla Stefana Batorego kopalnie soli w Wieliczce i Bochni. Wydobywał i zaopatrywał w sól całą Polskę oraz eksportował ją na Węgry i Słowację. Okazał się świetnym biznesmenem, w krótkim czasie zbił fortunę i w swoich czasach stał się najbogatszym Polakiem.
- To mój 17 razy pradziadek - wylicza z pamięci książę Jan. Opowiada szczegółowo o krewnych sprzed wieków: - Za pieniądze z Wieliczki Sebastian kupił zamek w pobliskim Wiśniczu. Żartuję, że chciał mieć blisko do pracy.
Rozbudowany zamek stał się jedną z największych rezydencji w Polsce. Konkurował nawet z królewskim Wawelem. Podupadać zaczął po tym, gdy splądrowali go Szwedzi, którzy najechali Polskę w 1655 roku, za rządów króla Jana Kazimierza.
- Król nie miał czym prowadzić wojny. Dostał więc nasze prywatne wojska: kilka tysięcy dobrze opłacanych żołnierzy oraz świetnego dowódcę Jerzego Sebastiana Lubomirskiego - zaznacza książę Jan. - Opisuje to Henryk Sienkiewicz, ale w filmie „Potop” tego nie ma. Dlaczego? Męczyłem o to reżysera Jerzego Hoffmana, który zrobił film, i dowiedziałem się, że w PRL trzeba było przedstawiać arystokrację jako zdrajców albo w ogóle o niej nie mówić.
W połowie XVIII wieku Lubomirscy stracili zamek w Wiśniczu. Opuszczony popadł w ruinę. Na początku XX wieku odkupiło go Zjednoczenie Rodowe Lubomirskich, organizacja skupiająca wszystkich potomków rodu. Do II wojny światowej prowadziło w nim remont.
Z mordercą pod jednym dachem
Książę Stanisław Lubomirski, ojciec Jana, wychowywał się w pałacu w Kruszynie pod Częstochową. Miał osiem lat, gdy wybuchła II wojna światowa. Podczas niej rodzina przeniosła się do Krakowa. Miała tam pięć kamienic, które stanowiły jeden kompleks - coś na kształt miejskiego pałacu przy ul. Świętego Marka na Starym Mieście.
Kamienice pamiętają najtrudniejsze dla Lubomirskich czasy. Ojciec księcia Stanisława, czyli dziadek Jana, w jednej z kamienic miał magazyn leków dla żołnierzy Armii Krajowej. W 1944 roku gestapo go aresztowało. Przeżył tortury, ale w 1948 roku zmarł z wycieńczenia.
Po zakończeniu wojny komuniści zabrali rodzinie pałac w Kruszynie (w PRL popadł w całkowitą ruinę). W Krakowie planowali zaś wysiedlanie arystokratów i inteligencji.
- Chodziło o to, aby wyczyścić Kraków z „elementów reakcyjnych”. Ludzi wyrzucano z domów. Dziadkowie byli przekonani, że ich też to spotka. Babcia znalazła nawet furmanki, aby wywozić nasze rzeczy - opowiada Jan Lubomirski-Lanckoroński. - W mieście wybuchły protesty. Jedna rodzina zabarykadowała się i spaliła. Skutkiem tego wysiedlenia wstrzymano.
Wkrótce potem w mieszkaniu Lubomirskich został zakwaterowany Rosjanin, oficer NKWD. Nazywał się kapitan Baranow.
- Okazał się mordercą psychopatą. Chodził po ulicach Krakowa, strzelał do ludzi, okradał ich, a to, co zdobył, przynosił do swojego pokoju. Wieczorami przychodził do dziadka, klękał przed nim i się spowiadał z grzechów. Dziadek wysłuchiwał go, bo bał się, że jak zwariuje, to nas pozabija. A po mieszkaniu biegały małe dzieci - opowiada książę Jan. - Mamy do dzisiaj jego zdjęcie: okrągła czapka enkawudzisty, oczy kompletnego wariata, a z tyłu napis: „Dla mojego kochanego kniazia Lubomirskiego z wyrazami szacunku”.
- Jak się upił, to z bronią w ręku szukał po szafach Germańców - uzupełnia książę Stanisław, ojciec Jana. - Aż pewnego dnia zniknął. Okazało się, że aresztowali go sami Rosjanie.
Następnymi lokatorami było 24 żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
- Wstawili piętrowe łóżka jak w wojskowych koszarach. Dla wszystkich była jedna toaleta i łazienka. Ale dobrze żyli z nami - wspomina Stanisław Lubomirski.
Najdłużej, aż do 1991 roku, mieszkały z nimi dwie rodziny oficerów Urzędu Bezpieczeństwa.
- Pamiętam, że pewnego razu usłyszałem krzyki w korytarzu do kuchni. Zobaczyłem, jak ojciec siłuje się z jednym z oficerów i wyrywa mu z rąk drzwi. Naszą część mieszkania oddzielały zamknięte na stałe drzwi. Okazało się, że włamali się i je zabrali, aby powiększyć swoją część o korytarz. Była sprawa w sądzie. Przegrali z kretesem i się wyprowadzili - opowiada Jan Lubomirski-Lanckoroński.
- To było celowe działanie komunistycznych władz. Chciały upodlić i upokorzyć rody arystokratyczne. Celem było wyeliminowanie ich: fizycznie i społecznie - mówi Marcin K. Schirmer, autor książki „Arystokracja. Polskie rody” poświęconej ich historii. - Po części to się udało, bo większość arystokratów wyemigrowała za granicę. A w społeczeństwie wciąż pokutują ich negatywne stereotypy jako wyzyskiwaczy.
Książę pierwszy ślusarz
Stanisław Lubomirski, ojciec Jana, po ukończeniu liceum dostał wilczy bilet - krakowski komitet partii komunistycznej zdecydował, że „nie nadaje się na studia” (książę przez przypadek widział swoje akta z taką adnotacją). Zdał na historię sztuki, prawo, rusycystykę, ale wszędzie informowano go, że „nie może być przyjęty z braku miejsc”. Zdesperowany napisał skargę do prezydenta Bolesława Bieruta. I o dziwo, dostał zgodę na studia, ale wyłącznie metalurgiczne, na Akademii Górniczo-Hutniczej. Po studiach żaden zakład nie chciał jednak przyjąć do pracy „podejrzanego politycznie” inżyniera. Zatrudniła go Huta im. Lenina, zbudowana w Krakowie, aby miasto zyskało bardziej robotniczy charakter. Dostał etat starszego ślusarza sieci cieplnej.
- Dla hecy wydrukowałem sobie wizytówkę „Stanisław książę Lubomirski, Pierwszy Ślusarz sieci cieplnych Huty im. Lenina” - opowiada.
Oficjalnie ślusarz, w rzeczywistości pracował jako tłumacz. Bo do huty często przyjeżdżały delegacje zagraniczne, a nikt z dyrekcji nie znał obcych języków. Po 18 latach w hucie zatruł się gazem i przeszedł na rentę.
Książę Stanisław był jednym z ostatnich męskich potomków Lubomirskich, którzy zostali po wojnie w Polsce. Twierdzi, że nie wyjechał, bo czuł się patriotą. Nie mógł też zostawić matki i starszych ciotek, którymi się opiekował. Pomógł za to wyemigrować młodszemu bratu Janowi do Szwajcarii.
- Posiadanie rodziny za granicą pomogło nam przetrwać trudne lata komunistyczne - mówi Jan Lubomirski-Lanckoroński. - Wspierała nas też rodzina z Austrii, dzięki niej miałem okno na świat. Mam zabawne wspomnienie z dzieciństwa: wyjeżdżałem z miejsca szarego do kolorowego.
Pomagała również ciotka Karolina Lanckorońska, znana historyk sztuki i żołnierz AK, która po wojnie zamieszkała w Rzymie. Po upadku komunizmu ofiarowała zamkom królewskim w Warszawie i na Wawelu ponad 500 dzieł sztuki zgromadzonych przez jej ojca i przechowywanych w Wiedniu (w tym dwa obrazy Rembrandta - dziś jedyne w Polsce dzieła tego mistrza).
Ciotka Karolina Lanckorońska nie miała dzieci. Ale zależało jej na tym, aby jej ród przetrwał, a nazwisko nie zniknęło. Dlatego zanim zmarła w 2002 roku w wieku 104 lat, poprosiła Stanisława i Jana Lubomirskich o przyjęcie jej nazwiska jako drugiego członu.
Przestań ciągać tego Jasia!
Książę Jan twierdzi, że w wielki biznes wszedł dzięki ojcu.
- Gdy miałem 12 lat, upadł PRL i ojciec zaczął zabierać mnie na spotkania z burmistrzami i wojewodami - wspomina. - Mama mówiła: „Przestań ciągać tego Jasia!”. Ale ja strasznie lubiłem to ciąganie. Dużo mi dało. Szybko poznałem sprawy rodzinne. I zyskałem łatwość w nawiązywaniu kontaktów.
Książę zna niemiecki, angielski, włoski, francuski i rosyjski.
- W rodzinie była zasada, że należy znać przynajmniej trzy, cztery języki. Wynikało to też z podróżowania i posiadania dużej rodziny za granicą. Czuję się Europejczykiem również dlatego, że moi przodkowie pochodzą z Austrii i Francji, mam też domieszkę krwi rosyjskiej oraz niemieckiej. I oczywiście jestem Polakiem - wyjaśnia.
Skończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, został radcą prawnym. Studiował też w elitarnej London School of Economics oraz zarządzanie na University of Navarra w Barcelonie.
W czasie studiów rozkręcił pierwszy własny biznes. Otworzył ze wspólnikiem... bar z kanapkami w Poznaniu. Podobno sam je przygotowywał i sprzedawał. W dwa lata z baru zrobiło się kilka punktów restauracyjnych.
- Byliśmy młodzi. Uważaliśmy, że to będzie proste. Ale prowadzenie restauracji czy kawiarni to bardzo trudny biznes - wspomina. - W końcu to sprzedaliśmy. I to były moje pierwsze pieniądze.
Zainwestował je w kilka mieszkań na wynajem w stolicy. Było to tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. Mieszkania błyskawicznie zdrożały i książę zyskał duże przebicie. W ten sposób wszedł na rynek nieruchomości, na którym działa do dzisiaj.
Odbierz pan ten zamek!
Pewnego dnia w 1987 roku, gdy PRL chylił się ku upadkowi, w Krakowie u księcia Stanisława Lubomirskiego zjawił się burmistrz Wiśnicza z delegacją.
- Prosili, abym przyjechał i wystąpił o zwrot zamku. Po II wojnie światowej państwo przeoczyło jego upaństwowienie. To było 37 hektarów góry z zamkiem. A reforma rolna zabierała majątki dopiero powyżej 50 hektarów - mówi książę Stanisław. - Nagle państwo przypomniało sobie o zamku i postanowiło go upaństwowić jako porzucone mienie poniemieckie. Mieszkańcy poczuli się urażeni. Wiedzieli, że zamek nigdy nie był niemiecki. „Nie zgadzamy się!” - powiedzieli, gdy usłyszeli, że państwo chce wykorzystać powojenną ustawę o przejęciu majątków po Niemcach. W Polsce czuło się już nadchodzące zmiany. Pomyśleli, że lepiej będzie, jeśli na zamek powrócą książęta Lubomirscy.
W filmie dokumentalnym wyemitowanym w TV Polonia w 2006 roku Stanisław Lubomirski wspominał: „Na początku byłem przerażony. Z rentą 600 zł nie byłem w stanie pokryć kosztów adwokata czy sprawy przeciwko państwu”.
Dał się jednak przekonać burmistrzowi i wystąpił o zwrot zamku.
- Okazało się, że jako rodzina nigdy nie przestaliśmy być właścicielami. Do dzisiaj jesteśmy wpisani w księgach wieczystych. To własność Zjednoczenia Rodowego Lubomirskich - mówi książę Jan, który przejął sprawę.
Mimo to państwo odmówiło zwrotu zamku. Do 1999 roku administrowało nim Ministerstwo Kultury, potem samorząd - znajduje się tam Muzeum Ziemi Wiśnickiej.
Przez 30 lat Lubomirscy wciąż procesują się o wydanie zamku - obecnie z Prokuratorią Generalną powołaną do ochrony majątku państwa.
- Rozmawiałem z wieloma ministrami. Uważali, że po wojnie państwo włożyło w zamek pieniądze i dlatego nie może go nam oddać. Przekonywaliśmy, że to my wyremontowaliśmy go przed wojną, zanim go nam zabrano. Nie chcemy traktować Wiśnicza jak prywatnej siedziby. Proponowaliśmy, aby założyć wspólną fundację, do której wniesiemy nasze prawo własności, a skarb państwa roszczenia finansowe. Ale ciągle są nowi świadkowie i okoliczności - opowiada.
- Nie chciałby pan mieszkać na zamku? - pytam.
- Pocieszę pana. Rezydujemy także w takim miejscu - książę wyciąga fotografię. - To zamek w Lubniewicach w województwie lubuskim. Przed wojną miejscowość nazywała się Königswalde i leżała 30 kilometrów od granicy z Polską. Jak przyjeżdżamy - to średniowieczna tradycja - na zamku jest wywieszana nasza flaga rodowa. Zamieniliśmy kresy wschodnie na zachodnie.
Miłość, sława i rozstanie
Na zamku w Wiśniczu książę Jan Lubomirski-Lanckoroński poznał Dominikę, córkę najbogatszego Polaka Jana Kulczyka. Spotkali się w czasie balu charytatywnego.
„Długonoga brunetka przyciągała uwagę. Nie stroniła od śmiałych, awangardowych kreacji. Podkreślały jej urodę. Nic dziwnego, że paparazzi polowali na nią, a ona czasem im pozowała” - tak opisałem ją w książce "Grube ryby", zawierającej sylwetki największych polskich miliarderów, w tym Jana Kulczyka. Musiała być oczkiem w głowie ojca. Kiedyś paparazzi przyłapali go, jak wybrał się z córką do kina.
Dominika skończyła sinologię i politologię w Poznaniu, wyjechała do Chin, aby uczyć się języka mandaryńskiego. Po powrocie matka, Grażyna Kulczyk, zatrudniła ją w swoim Starym Browarze, centrum handlowym w Poznaniu, Dominika zajmowała się kontaktami z dziennikarzami.
Dominika i Jan szybko przypadli sobie do gustu. Wydawało się, że stworzą parę idealną. Jak w bajce. Pobrali się w 2001 roku, ona miała 24 lata, on 23. Ślub odbył się na pokładzie samolotu, który krążył nad Wenecją. Udzielał go prezydent Poznania Ryszard Grobelny. „To nie był mój pomysł. Dominika ma przecież jeszcze tatę” - zastrzegała w „Twoim Stylu” jej matka Grażyna Kulczyk. W Wenecji pobłogosławił ich arcybiskup Juliusz Paetz, który specjalnie przyleciał z Poznania. Szczegółowe relacje zamieściła prasa, nawet ta poważna.
- Już w okresie międzywojennym dochodziło do mariaży z burżuazją przemysłową i kupiecką, ale części ziemiaństwa to się nie podobało i takie małżeństwa początkowo napotykały brak zrozumienia. Z drugiej strony ziemiaństwo i arystokracja miały świadomość, że związki te były dla obu stron korzystne. Zawsze były one przedmiotem powszechnego zainteresowania. Ludzie lubią czytać o wielkich i możnych - mówi Piotr Szymon Łoś z Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego.
Dominika urodziła dwójkę dzieci. W 10. rocznicę odnowili jeszcze śluby małżeńskie i wyprawili bal na 700 osób na zamku w Wiśniczu. Dwa lata później niespodziewanie się rozwiedli. Zrobili to tak dyskretnie, że nawet plotkarskie pisma wytropiły to dopiero po kilku miesiącach.
Książę Jan: - Jak na dzisiejsze standardy byliśmy ze sobą bardzo długo. Przyjaźnimy się nadal i na zmianę opiekujemy się dziećmi. Każdemu można życzyć takiego rozstania.
Na kominku w jego gabinecie stoją fotografie 12-letniego Jeremiego i 8-letniej Weroniki.
Schron dla Kulczyka
Po ślubie książę Jan zaczął współpracę z teściem Janem Kulczykiem. Zrewitalizował i przebudował dla niego budynek przy ul. Wspólnej 62 w Warszawie. To najbardziej efektowny biurowiec należący do Kulczyka. Powstał w 1952 roku i miał być siedzibą rządu Bolesława Bieruta. Wyposażono go w przeciwatomowy schron w podziemiach. Na zewnątrz wzorowano go na renesansowej Galerii Uffizi zbudowanej przez Medyceuszy we Florencji. Dlatego po przebudowie w 2012 roku nazwano go Ufficio Primo. Zdobią go kopuła ze świetlikami (oryginalnie zamontowano w nich iluminatory sprowadzone z bunkra Hitlera w Berlinie) oraz krużganki jak na Wawelu.
- Pracując dla mojego byłego teścia, bardzo wiele się nauczyłem. Ale nieruchomości to był mój wybór. Polubiłem to w liceum - wspomina Jan Lubomirski-Lanckoroński.
Pierwsze doświadczenia zdobył w połowie lat 90. Miał 18 lat, gdy zaczął zarządzać pięcioma kamienicami rodziców w Krakowie. Po wojnie państwo ich nie zabrało, ale wzięło je w zarząd.
- Były w takiej ruinie, że rodzice byli przeciwni przejmowaniu zarządzania. Nie wiedzieli, co z nimi zrobić, i nie mieli na to środków - opowiada książę Jan. Przekonał ich, aby powierzyli mu to zadanie.
W 2008 roku założył własną firmę Landeskrone i zaczął wykupywać kamienice. Aby zdobyć pieniądze, sprzedał mieszkania, w które zainwestował w stolicy, oraz zaciągnął bankowe kredyty. „Nie ukrywam też dużej pomocy ze strony mojego teścia i teściowej, nie tylko finansowej, ale i merytorycznej” - mówił w jednym z wywiadów w 2012 roku.
- Wielkie polskie rody muszą ponownie zaczynać od zera, bo utraciły kapitał akumulowany przez stulecia. To silne ograniczenie - mówi Marcin K. Schirmer. - Posiadają za to coś, co można nazwać kapitałem kulturowym. Jan Lubomirski-Lanckoroński to przykład powrotu potomka wielkiego rodu do życia publicznego kraju.
Mon Coteau, czyli Mokotów
- Na jedną dykteryjkę sobie pozwolę - książę Jan uśmiecha się szelmowsko. - Jak Jan III Sobieski jeździł z Zamku Królewskiego do Wilanowa, mijał liczne posiadłości Stanisława Herakliusza Lubomirskiego, marszałka wielkiego koronnego: Zamek Ujazdowski, Łazienki, Czerniaków. A jak dojeżdżał do siebie, to podobno diabli go brali! Bo Wilanów nie wyglądał jak teraz. Nie chwaląc się, dopiero Lubomirscy go rozbudowali.
Na przełomie XVII i XVIII wieku do rodu należało pół obecnej Warszawy. Księżna Izabela Lubomirska z Czartoryskich nazywała swoje posiadłości po francusku „Mon Coteau” – „Moje Wzgórze”. Ponoć stąd wzięła się nazwa dzielnicy Mokotów.
Dla Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego wzorem jest brat pradziadka książę Stanisław Lubomirski, przemysłowiec i finansista, który w 1910 roku założył Warszawskie Towarzystwo Lotnicze Aviata oraz zbudował pierwszą polską fabrykę samolotów i lotnisko na Polu Mokotowskim.
- Czy zajmuje się pan odzyskiwaniem rodowych nieruchomości? - pytam.
- Prowadzę rodzinne sprawy, których jest bardzo dużo. Ale idzie jak po grudzie - przyznaje.
Remontuje kamienice, ale w większości kupione, a nie odzyskane. - To skandal, że żaden rząd nie przeprowadził reprywatyzacji! Z tego wynikają patologie: handel roszczeniami i afery. Powstało lobby spekulantów, którzy odkupują roszczenia od spadkobierców dawnych właścicieli i załatwiają sobie zwroty dzięki koneksjom.
Dzwoni hrabianka Helena
Książę Jan zakochał się. Gdy kończymy spotkanie, dzwoni jego telefon. Przeprasza, musi odebrać. To narzeczona, hrabianka Helena Mańkowska. Twarz księcia się rozjaśnia, nie rozmawiali od rana, bo był zajęty.
Narzeczona to prawnuczka hrabiego Adama Stadnickiego, przed wojną posła i właściciela Szczawnicy, w której rozbudował uzdrowisko zajmujące pół miasta. Rozmawiają po francusku, bo hrabianka wychowywała się w Paryżu, do którego wyemigrował jej ojciec Andrzej Mańkowski.
Po wojnie komuniści znacjonalizowali Szczawnicę. Po upadku PRL zaczęła podupadać. W 2005 roku Mańkowski dogadał się z Ministerstwem Skarbu i odkupił od niego uzdrowisko - ponad 30 hektarów. Zarząd nad nim oddał dzieciom: Helenie i jej dwóm braciom.
Książę Jan chwali się osiągnięciami narzeczonej w Szczawnicy. Wyciąga przewodniki po uzdrowisku i pokazuje mi wyremontowane restauracje, hotele i pensjonaty.
- Polska wciąż cierpi na brak faktycznych elit. Rodziny ziemiańskie oraz arystokratyczne szukają miejsca dla siebie i - mimo upływu lat - mogą tę lukę wypełnić - uważa Piotr Szymon Łoś.
- II wojna światowa i komunizm były jak pęknięcie i przerwa w naszej historii. Teraz budujemy wszystko od nowa. Dzięki wielkim rodom możemy wykorzystać to, co najlepsze z przeszłości - mówi Marcin K. Schirmer.
Jan Lubomirski-Lanckoroński przymierza się do kolejnej wielkiej inwestycji. Zamierza przebudować książęcą siedzibę przy ul. Świętego Marka w Krakowie na czterogwiazdkowy hotel. Biznes zapowiada się doskonale, bo to ścisłe centrum miasta.
Jest pewien, że w końcu odzyska również grunt przed Sejmem i ruszy budowa jego biurowca.
- Namawiano mnie kiedyś, żeby zaangażować się w politykę. Poważnie się nad tym zastanawiałem, ale uważam, że wciąż jestem za młody. Może za jakiś czas - dodaje.
Na razie wystarcza mu bycie biznesmenem.
<CS_ADHUB>
POLITYKA PRYWATNOŚĆI
REPORTAŻE